Święta. Temat bardzo na czasie, na wielu blogach znajdziecie mnóstwo wpisów o świątecznej tematyce, począwszy od tego, w co się ubrać na wigilię, poprzez tegoroczne trendy w kolorystyce bombek choinkowych i ranking świątecznych piosenek, aż po poradniki dotyczące sposobu pakowania prezentów i dziesiątki wpisów w stylu „10 powodów, dla których kocham/nienawidzę Świąt”. Ja zwrócę uwagę na coś innego.

Święta w moim domu

Jak wyobrażam sobie Święta? Tradycyjnie. Jest śnieg, wielka frajda przy ubieraniu choinki, kiedy zachowujemy się jak małe dzieci i część cukierków zjadamy przy przywiązywaniu nitek, drugą przy wieszaniu bombek, aż w końcu stwierdzamy, że nie mamy już co wieszać i zjadamy wszystkie.

W wigilię nieco nerwowa atmosfera, wszyscy krzątają się z kąta w kąt i toczą nieustanną walkę z czasem – zostało jeszcze tyle do sprzątania, w spiżarce półprodukty czekają na zmajstrowanie finalnych dań, w piekarniku piecze się biszkopt, ryba romansuje z cytryną przed wylądowaniem na patelni, mama ciągle przegania kogoś tekstem „nie rusz tego, to na Święta” albo „zaraz wszystkie śledzie zjesz i nic na wigilię nie zostanie”, telefon rozgrzany do czerwoności co chwilę przywołuje wigilijnego solenizanta. Potem nakrywanie do stołu, biały obrus, a pod nim sianko, świeca na środku stołu. Wspólna modlitwa i ten moment, kiedy ktoś nie wytrzymuje skupienia i parska śmiechem albo widzi u osoby klęczącej przed nią dziurawą skarpetkę – wtedy o skupieniu możemy zapomnieć. Bywa i tak. Potem dzielenie się opłatkiem, życzenia, uroczysta kolacja. Dzieciaki znajdują pod choinką prezenty od aniołka. Standardowo na Polsacie Kevin, który co roku bawi tak samo. W przerwach na reklamy pielgrzymki do kuchni po niebiańskie w smaku pierożki. Pasterka.

W pierwszy i drugi dzień Świąt „goście, goście…”, wizyty, rewizyty i wszystko co z tym związane: biegające po domu dzieci, góra jedzenia, sterta naczyń do zmywania, polityczne dyskusje przy stole. W drugi dzień Świąt owies na korytarzu, w kuchni i wszędzie, gdzie się tylko da (dywany to kochają, odkurzacze jeszcze bardziej). Początek sezonu na kolędników. Ogólne lenistwo.

Takie Święta zawsze były i są w moim domu. Tradycyjne, wiejskie, swojskie.  Takie… normalne.

Pierwsze Święta poza domem

Do dwudziestu trzech razy sztuka? Nie wiem, ale właśnie w tym roku po raz pierwszy w życiu spędzam Święta poza domem, z dala od rodziny i całego ferworu przygotowań i związanych z tym emocji. W sumie nawet się ucieszyłam z tego faktu. Lubię nowe doświadczenia. Nie miałam i nie mam żadnych problemów z tęsknotą czy czymś w tym stylu. Zawsze byłam twarda.

Jestem w Grecji, świeci słoneczko, nie ma śniegu, deszczu ani innych opadów atmosferycznych. Jest ciepło, dziś spacerowałam brzegiem morza w cienkiej kurtce skórzanej i trampkach. Siedziałam nad brzegiem sącząc świeży sok pomarańczowy i podziwiając zachód słońca.

Crazy Frog i Święta

Pierwszy listopada. Dzień, w którym po raz pierwszy zobaczyłam w Salonikach choinki i rozświetlone pseudoświąteczne witryny sklepów. Ok, przymknęłam oko. Nie było to jakieś agresywne, nie rzucało się bardzo w oczy.

Czas leci dalej. Koniec listopada, świąteczne dekoracje we wszystkich sklepach, zaraz przy wejściu do marketu wielkie stoisko z czekoladowymi mikołajami, wszędzie czerwień, zieleń i biel, a z głośników namolnie lecą świąteczne piosenki. Zaczęłam skracać do niezbędnego minimum czas spędzany w marketach.

Połowa grudnia. Ulice zaczęły przeżywać zmasowany atak pseudomikołajów. Z marketowych głośników dudniały kolędy. Na zakupy chodziłam tylko uzbrojona w słuchawki, starając się zagłuszać „Silent night”. Zaczęłam się denerwować na poważnie.

ŚwiętaMiarka przebrała się w czwartek, dokładnie 17 grudnia. Przypadkiem znalazłam się na Placu Arystotelesa (dla niewtajemniczonych – główny, najbardziej znany plac w Salonikach). A tam, Proszę Państwa – do wyboru, do koloru! Komercyjny festiwal trwa w najlepsze! Dwie karuzele, olbrzymi dmuchany mikołaj w czerwonym kubraczku, figurka bałwana, przed którą ustawiają się kolejki osób żądnych selfie z nim, zjazdy na pontonach, lodowisko, scena, na niej animator przebrany za clowna robiący zwierzątka z baloników, kukurydza, popcorn, wata cukrowa, wieeeeeelka choinka, oczywiście nieodłączne świąteczne piosenki wydobywające się z głośników i nie zgadniecie! Nawet szopka była! Wciśnięta gdzieś między karuzelę a choinkę. Nie wierzyłam własnym oczom. Moje ciśnienie podskoczyło chyba już do górnej granicy, to było za wiele jak dla mnie. Opuściłam to toksyczne miejsce w zorganizowanym pośpiechu.

Cztery dni później wybrałam się na pocztę. A że poczta jest przy Placu Arystotelesa, to pomyślałam że podejdę i zrobię „temu czemuś” kilka zdjęć w spokoju i bez tłumu wpychającego się w kadr. Och, jakże się zdziwiłam… Przekroczyłam symboliczną tandetną neonowo-błyskotkową bramę symbolizującą sama nie wiem co, a tam… Crazy Frog dudni ze wszystkich głośników, panowie od popcornu wyznaczają granice swoich stoisk, wesołe miasteczko działa na pełnych obrotach, loteria fantowa zdziera bajońskie sumy, radio nadaje na żywo, niezawodni przedstawiciele greckich sieci komórkowych zaczepiają przechodniów wciskając im swoje „wyjątkowe oferty”. I w tym wszystkim oni. Podekscytowani, biegający od karuzeli do karuzeli i jak w jakimś amoku robiący zdjęcia.  Homo komerciusy.

Święta

Przez chwilę stanęłam jak wryta nie mogąc uwierzyć w to, co widzę. I potem szlag mnie trafił. Poszłam na długi spacer brzegiem morza. A potem siedziałam patrząc na zachód słońca, zamulając i obciążając swój mózg przemyśleniami. Wszystko było dobrze. Nawet nie czułabym Świąt gdyby nie ona. KOMERCJA. Jest wszędzie. Nie śpi. Czuwa. Dzięki niej w dniu 21 grudnia 2015 r. totalnie znienawidziłam Święta.

Po co to wszystko?

To, że nasze społeczeństwo określane jest coraz częściej mianem „cywilizacja konsumpcyjna” to wiem. To, że każdy chce zarobić pieniądze też wiem. Ale chyba jest jakaś granica rozsądku i dobrego smaku?!

Powiecie – to jest fajne. Ludzie przychodzą, mogą się pobawić, zrobić parę fotek z bałwanem. Panowie od popcornu zarobią, wesołe miasteczko przerwie martwy sezon. Teoretycznie wszyscy są szczęśliwi, po co więc drążyć temat?

Kolejna kwestia – przygotowania do Świąt. Jak opętani biegamy po sklepach szukając prezentów, wydajemy astronomiczne kwoty na jakieś chińskie badziewie, denerwujemy się, bo w żadnym sklepie nie możemy znaleźć najmodniejszego w tym sezonie wzoru na papierze prezentowym albo prezentów must have polecanych przez wszystkie telewizje śniadaniowe , eksperymentujemy w kuchni chcąc zaimponować rodzinie i udowodnić, że kwestią czasu jest nasz udział w „Masterchefie”, obświetlamy światełkami nasz dom (ku uciesze dostawcy energii), prześcigamy się w tym, kto zrobi więcej, lepiej, drożej, efektowniej. I dochodzimy do momentu, w którym Święta zamiast zaczynać coś nowego, kończą gorączkowy wyścig szczurów.

Czy w tym wszystkim pamiętamy jeszcze, co to za Święta i o co w nich chodzi? Mówi Wam coś słowo adwent? Roraty? Spowiedź? To, jeszcze do niedawna były najważniejsze elementy przygotowań do Świąt. Nie jakaś tam sklepowa bieganina. A pamiętacie, że św. Mikołaj był biskupem, a nie dziadziem z siwą brodą w czerwonym kubraczku i z workiem prezentów? Do mnie zawsze przychodził Mikołaj-biskup, a nie pan z reklam coca-coli.

Powiecie że nie chodzicie do kościoła albo jesteście ateistami. To jak z tymi Świętami? Po co je obchodzicie, skoro są wydarzeniem kościelnym, a Wy nie uczestniczycie w życiu Kościoła? Skoro już wpadacie w ten szał, to konkretnie, ze wszystkimi tego aspektami, zamiast wybierać tylko to, co Was interesuje. Prezenty są fajne, więc się w nie pobawimy? A resztę zostawmy moherom? Czegoś tu nie rozumiem…

Powiecie że jestem nawiedzoną dewotką? Bardzo rzadko chodzę do kościoła. Ale wychowałam się w tradycji Świąt, jakie pamiętają nasi przodkowie. Te dni od zawsze były czasem magicznym i takim dla mnie pozostają. Boli mnie jednak to, że tak wiele osób nie potrafi zachować zdrowego rozsądku i ślepo podąża za wyimaginowanymi przez wielkie koncerny trendami, zatracając naszą kulturę, tradycję i tożsamość.

 Święta

Nowe symbole Świąt

Nie ukrywajmy, kwestią czasu jest całkowity zanik naszych tradycji przekazywanych z pokolenia na pokolenie. Odchodzi się od nich, bo tak wygodniej, bo takie są trendy, bo tak robią inni. Nie mamy własnego zdania, nie chcemy odstawać od innych. I wiecie co? Boli mnie to.

Coraz rzadziej symbolem Świąt i przygotowań do nich są wieniec adwentowy (a co to za relikt przeszłości w ogóle?), biały obrus i sianko, opłatek, Pismo Święte, nastrojowe kolędy i pastorałki śpiewane dopiero od momentu pasterki, a nie miesiąc przed Świętami. Była atmosfera, ta łezka wzruszenia. A teraz?

Teraz mamy wielką ciężarówkę coca-coli, do której zmierzają hordy ludzi uznających za punkt honoru zrobienie sobie z nią zdjęcia i zamieszczenie go na twarzoksiążce z podpisem „Nareszcie Święta <3”. A jeszcze jak znajdziemy pana z brodą w czerwonym stroju i czapką z pomponem, to już pełnia szczęścia.

Szkoda tylko, że to jest nie nasze. Bezmyślnie kopiujemy wszystko, co zachodnie. Komercja skutecznie zamieszała nam w głowach i jest częścią każdej dziedziny naszego życia. Pamiętajmy, że możemy wyznaczyć granicę, nie musimy iść ślepo za tłumem. Nie musimy zamieniać się w roboty marki homo komercius. Proszę, szanujcie naszą kulturę. Zostawcie coś dla potomnych, by i oni mogli poczuć magię tradycyjnych Świąt, a nie za kilka lat w czerwonych czapkach z białymi pomponami zacząć obdarowywać się prezentami nad grobami bliskich w dniu Wszystkich Świętych albo w Dzień Zaduszny.

I na koniec mądrość ludowa: „Cudze chwalicie, swego nie znacie, sami nie wiecie, co posiadacie…”. Zastanówcie się nad tym, proszę. Z czym wolicie kojarzyć Święta? Z nastrojem i ciepłem rodzinnym czy szaloną żabą jeżdżącą na niewidzialnym motorze?

 

Podobne Posty

  • Trochę długo się to czyta, ale znasz moją opinię na ten temat. Patologia otaczająca święta swym zasięgiem wypacza to, co najważniejsze w ciągu ostatniego tygodnia grudnia. Przemianę, która powinna zajść w szczególności wśród katolików. Niestety przemiany brak za to konsumpcjonizm aż huczy.

    • Dokładnie tak.
      A co do długości wpisu… Myślę że to będzie moim znakiem rozpoznawczym 😉

  • Andrzej Turski

    Droga autorko bloga. Żeby wyrazić swoją opinię na ten temat musiałbym przejść przez fazę wkurzenia, następnie namachać drugie tyle tekstu co Ty, by na końcu stwierdzić, że całość przemyśleń pokrywa się z Twoimi. Najpierw myślałem, że ostatnie normalne święta były jakieś 20 lat temu, kiedy Ty byłaś wielkości Jezuska w stajence. Ale nie, to były normalne święta pod względem braku tej przytłaczającej komercji. Natomiast magia, którą tak wspominasz jest niezależna od tego co na zewnątrz. Nasi rodzice, dziadkowie pielęgnowali te chwile, abyśmy je takimi właśnie zapamiętali i byśmy tę wartość przekazali swoim dzieciom. Co do przytłaczającego nas kiczu przed-każdo-świątecznego, cóż, liczę na to pocichu, że jakiś mądry menager czy „piarowiec” wpadnie w końcu na pomysł, że im tego mniej w jego galerii handlowej, tym więcej osób wybiera właśnie to miejsce.

    • Witaj, cieszę się, że Cię tu widzę. Dziękuję za komentarz. Jak się okazuje, coraz więcej osób ma dosyć tych komercyjnych fajerwerków, szkoda tylko, że słowa nie mają odzwierciedlenia w czynach… Nikt nie chce się wyróżnić, bo „co ludzie powiedzą”. I jestem ciekawa czy doczekam dnia, w którym ktoś stwierdzi w końcu, że to wszystko jest bez sensu i wszyscy powrócą do naszych pierwotnych tradycji.

  • Justyna Kapuśniak

    Popieram w 100%!
    Ludzkość zmierza w ogromnym pędzie ku zagładzie wybierając to co drogie, świecące na pozór fajne… A odstawiamy w kąt tradycję wielowiekową,tak cenną, tak wyjątkową! Bo otaczamy się masą rzeczy, których nie potrzebujemy, myślimy, że posiadając to wszystko będziemy cool i szczęśliwi. To nie posiadanie a dzielenie i pomaganie jest cool! Warto o tym pamiętać! Świat można zmienić poprzez mały gest małej istoty. Warto więc zacząć działać od teraz! Nie zapominajmy o naszych, polskich świętach. Dzielmy się i chwalmy się ze światem naszą tradycją! Mam rodzinę, która ma niemieckie i polskie korzenie. Moje kuzynki uwielbiają przyjeżdżać zimą na święta. Nacieszyć się śniegiem, mrozem, bajecznymi pejzażami. Spotykać się w świąteczne dni z rodziną, dzielić się historiami, doświadczeniami, radościami. Podczas gdy inni na święta jeżdżą w tropiki łapiąc ofertę last minute! Jako ludzie mamy wybór albo komercja albo tradycja i ciepła rodzinna atmosfera… Ja i jak się okazuje wiele innych ludzi wybrało tradycję. A ty drogi obywatelu tego świata co wybierzesz? Autorko bloga, dziękuję, że piszesz o tym! Walczmy o prawdziwe, piękne, magiczne święta.

    • Dziękuję Justyna, miło mi Cię tu widzieć 🙂 Zgadzam się z Tobą w stu procentach, chcemy być jak inni nie zwracając uwagi na to, co nasze. I powiem Ci szczerze, że dopiero teraz zdałam sobie sprawę z tego, jak to wszystko jest chore, kiedy będąc w Święta „w tropikach” zobaczyłam tak mnóstwo absurdów i sprzeczności: karuzelę obok szopki, Crazy Froga z mikołajem. popcorn i choinkę. I…sama już zgłupiałam.
      A kolejne Święta mam teraz ochotę spędzić gdzieś na drugim końcu świata, gdzie moich uszu nie będą gwałcić piosenki o choinkach, nie będzie atakować mnie stado mikołajów ani żaden pan oferujący mi selfie stick’a do zdjęcia z nadmuchanym bałwanem.
      W tym momencie zaczynam rozumieć ludzi uciekających w tropiki i zastanawiam się, przed czym tak naprawdę uciekają – przed tradycją czy… może jednak przed komercyjną otoczką tych Świąt? Jeśli z tego drugiego powodu, to w pełni ich rozumiem i… popieram. Bo niestety nawet, jeśli zabarykadujemy się w domach to, choć byśmy stosowali sposoby obrony niczym filmowy Kevin, to komercja i tak prędzej czy później wedrze nam się do środka ze swoim „Last Christmas”.