W poprzednim wpisie wprowadziłam Was nieco w erasmusowy świat. Dziś opowiem Wam o sednie tego sławnego systemu stypendialnego, mianowicie o studiach. Miałam przyjemność studiować przez jeden semestr w Salonikach (Grecja) na uczelni będącej odpowiednikiem naszej politechniki. Ciekawe, turystyka na politechnice… Okazało się, że studia za granicą dały mi dużo do myślenia.

Czy trzeba się uczyć?

To, wydawać by się mogło, retoryczne pytanie bywa czasem najważniejszym argumentem decydującym o podjęciu ryzyka i wyjeździe na zagraniczne studia. „Na Erasmusie się nic nie robi!” – słyszałam to setki razy. I wiecie co? To nieprawda! Choć nie ukrywam, w wielu kwestiach Erasmusi mają łatwiej, nie znaczy to jednak, że wystarczy przyjść na uczelnię na początku i na końcu semestru, jak niektórzy myślą. Szczegóły programów studiów i sposobu realizacji zajęć zależą już od poszczególnych uczelni, ja mogę wypowiedzieć się w kwestii ATEITH.

Bieżące prace domowe miałam tylko (albo aż z greckiego), po każdych zajęciach kilka-kilkanaście zadań do zrobienia. Z dwóch przedmiotów (obsługa GDS) mieliśmy tylko zajęcia praktyczne, bez prac domowych. Przedmiot będący zmorą Erasmusów na turystyce, czyli cywilizacja i historia Grecji jako praca własna wymagał od nas przestudiowania i analizy jednej z greckich tragedii, odnalezienia jej związków ze współczesnością i zaprezentowania jej grupie, taka forma prezentacji. Ostatni przedmiot, który wybrałam, czyli animację czasu wolnego zaliczałam w trybie indywidualnym, gdyż zajęcia odbywały się po grecku. Czyli zasadniczo roboty zbyt wiele nie ma, czasu wolnego jest sporo. Powiedzmy.

Sesja… no niestety za granicą też jest. Niektóre egzaminy to tylko formalność, ale niektóre wymagały wiele czasu i (uwaga – słowo klucz) nauki! Opisówka na 4 strony formatu A4 wymaga jednak trochę wiedzy, bo ciężko było lać wodę o historii Grecji i Cesarstwie Bizantyjskim bez znajomości dat, nazwisk czy faktów historycznych.

Dobra, wszystko pięknie, ale weźcie pod uwagę fakt, że wszystkie zajęcia i egzaminy są po angielsku i żeby przejść do nauki „właściwej”, zawsze trzeba rozpocząć od nauki słownictwa. Wierzcie mi, problemy zdarzały się również tym, którzy angielskim władali biegle.

studia

Różnice Polska-Grecja

Oj, różnic jest sporo. Nie ukrywam, że szokiem dla mnie była pierwsza wizyta na uczelni. Ogólny chaos organizacyjny (pamiętajcie, „greek style”), bałagan, studenci palący na korytarzach, wysypujące się z koszy śmieci, odpadający tynk, graffiti i swastyki na ścianach, a przy odrobinie szczęścia można spotkać spacerującego korytarzem psa. A, i niektóre toalety z dziurą w podłodze. Dziwny obrazek, zupełne przeciwieństwo naszych pięknych, błyszczących i pachnących nowością budynków dydaktycznych. Pierwsza myśl: co to (brzydkie słowo) jest? I gdzie my (znów brzydkie słowo) jesteśmy? W biurze Erasmusa nikt nie mówił, że odbywamy podróż do przeszłości! Ale jakie mieliśmy wyjście? Tylko dostosować się do warunków zastanych.

Co jeszcze mi się nie spodobało? Będąca na porządku dziennym niepunktualność wykładowców i studentów. Strasznie raniło to moje kamienne serce – spóźnianie to w moich oczach brak szacunku dla drugiej osoby i marnowanie cudzego czasu. Z tego powodu w Grecji musiałam walczyć ze swoją nieustającą frustracją.

cp4

cp6

cp5

Ale nie ukrywajmy, w wielu kwestiach polskie uczelnie (przynajmniej te, z którymi miałam do czynienia) mogą uczyć się od tych greckich. Przykłady? Proszę bardzo.

Upraktycznienie zajęć – o tym była mowa już wcześniej tutaj i tutaj. Teoretyczne wykłady niewiele wnoszą do praktycznego przygotowania do zawodu, czego efektem jest tłum magistrów z pięknym dyplomem ukończenia studiów, jednak niemający zielonego pojęcia o szarej rzeczywistości, z którą przyjdzie im się zmierzyć. Najgorsze jest to, że studenci akceptują takie rozwiązanie, bo tak jest łatwiej. Nie trzeba się wysilać, wystarczy przyjść raz w tygodniu na wykład, wpisać się na listę i można w spokoju czytać książkę albo rozwiązywać krzyżówki.

Wielu wykładowców dumnie podkreśla, że stawia nacisk na praktykę, a w większości przypadków kończy się jak zawsze – pseudonaukowym bełkotem opartym na książkach sprzed 20 lat, bo „nie ma warunków”, „nie ma czasu”, „nie ma sprzętu”. No chyba że przez praktykę rozumiemy robienie dziesiątek powerpoint-owych prezentacji…

Sorry, otoczenie się zmienia, nie możemy bazować na dawno nieaktualnych realiach.

Właśnie za upraktycznienie zajęć pokochałam moją grecką, popadającą w ruinę uczelnię. Systemy rezerwacyjne, wycieczki, prowadzenie animacji – wszystko okraszone potężną dawką humoru i partnerskim podejściem do studenta sprawiło, że zaczęłam wierzyć w szkolnictwo wyższe. Ale tylko w Grecji…

studia

Student ma wartość. To uczelnia istnieje dla studenta. Wykładowcy są dla studenta, nigdy odwrotnie. Nie ma problemów nie do rozwiązania, student zawsze może liczyć na czyjąś pomoc. Zawsze można przyjść, zadzwonić, pogadać, poprosić o pomoc. Ba, nawet pójść na kawę z nauczycielem! To jest po prostu zdrowe, normalne podejście do drugiego człowieka…

W Polsce tego nie ma? Nieprawda. Sama znam kilku wykładowców, na których można polegać w każdej sytuacji, którzy wspierają, motywują do pracy, wskazują drogę, bezinteresownie poświęcają studentom swój czas, z którymi można po ludzku pogadać o pierdołach. Tylko wciąż to wyjątki i ta „normalność” od razu budzi wielkie poruszenie wśród społeczności akademickiej. Czy ktoś mi wyjaśni, dlaczego tak jest?

Jak zawalczyć o studenta?

Studentów na uczelniach, nie tylko w Polsce jest mniej. Wiecie, niż demograficzny i te sprawy. Uczelnie w pocie czoła działają na pełnych obrotach, żeby zainteresować potencjalnych kandydatów: jedne oferują darmowe tablety, kręcą wyreżyserowane filmiki promocyjne, inne płacą studentom za „namówienie” kogoś na studiowanie na danej uczelni, a jeszcze inne po prostu upraktyczniają programy studiów i tworzą innowacyjne specjalizacje.

Rekrutacja kandydatów na studia to nie wyścig szczurów, a kandydaci to nie osły idące za marchewką. Przynajmniej tak mi się wydaje…

Mam wrażenie, że środowiska studenckie ogarnął amok olewczo-żądaniowy – byle dostać się na studia, przeżyć parę lat, a dyplom i tak się należy. A potem lament, bo „pracy nie ma”! Do czego zmierzam? W Grecji zauważyłam, że sami studenci (mówię w tym momencie o Grekach, a nie erasmusowej społeczności) zaczęli doceniać wartość przemyślanych studiów. Sami domagają się urozmaiceń, praktycznych zajęć, czegoś nowego. Kryzys uświadomił im to, że nie wystarczy siedzieć z założonymi rękami, że trzeba działać, walczyć o swoje… pracować. Bo nic nie zrobi się samo.

Jedno wydarzenie dało mi dużo do myślenia. Podczas listopadowych targów turystycznych Philoxenia w Salonikach każda z uczelni prezentowała program kształcenia na kierunku turystyka i rekreacja. Bardzo szczegółowo prześledziłam innowacje, które już od semestru letniego wprowadza moja grecka uczelnia; nowe specjalizacje są tak przemyślane i przyszłościowe, że miałabym problem, żeby wybrać tę „naj”. I wiecie? Pomyślałam o tym, co mam w Grecji, co mogłabym mieć dalej, a potem przypomniałam sobie moje studia w Polsce. I tylko jedno przeszło mi przez myśl: „a może by tak rzucić wszystko i tu zostać?”…  Co ciekawsze jakiś czas później moja grecka koordynatorka zaproponowała, żebym została w Grecji i tam skończyła studia. Niestety z wielu powodów, głównie finansowych, byłam zmuszona odmówić. Być może okaże się, że to był największy błąd w moim życiu. Tego nikt nie wie.

studia

Summa summarum…

Można skończyć Erasmusa nie robiąc prawie nic, a jakże! Znam osoby, które były na zajęciach z greckiego tylko na początku semestru, a potem, nie znając nawet alfabetu przystąpiły do egzaminu i go zdały – internet w telefonie czyni cuda. Co prawda na 3=, ale zdane? Zdane! Papier jest? Jest! To po co drążyć temat. A ta duma potem – bezcenna… W ten właśnie sposób rodzą się legendy o tym, że na Erasmusie „każdy zalicza” i „nic nie trzeba robić”. A, i jeszcze jedno, że „nie da się nie zaliczyć Erasmusa”.

Ale… czy na polskich uczelniach jest inaczej? Wystarczy zapytać kilka osób z jednego kierunku o to, czy na studiach coś trzeba robić. Znajdzie się ktoś, kto powie, że nawet na zajęcia nie trzeba chodzić, ktoś, kto zapyta, co to w ogóle nauka i znajdą się osoby, które powiedzą że mają dużo rzeczy do zrobienia, bo ciągle ktoś coś zadaje. Punkt widzenia zależy od punktu patrzenia. Jeżeli komuś zależy na studiach, zawsze będzie miał coś do zrobienia, również ponadprogramowego – koła naukowe, konferencje, seminaria, szkolenia, konkursy… Nie zmienia to jednak faktu, że i tak każdy na koniec dostanie taki sam pięknie wyglądający dyplom w wielu przypadkach z końcową oceną „bardzo dobry”. Tylko co z tego?

Może pora na zmiany? Zamiast hurtowo wypuszczać z uczelni tłumy magistrów, lepiej postawić na jakość kształcenia? Praktyczność? Przydatność? Ciekawe, że Greków mimo kryzysu stać na oprogramowanie, zajęcia w terenie i różne przywileje dla studentów. A my w Polsce wciąż nie mamy na to pieniędzy. Mamy je za to na filmiki promocyjne, foldery reklamowe, gadżety i całą serię ubrań z logo uczelni, studencką pseudotelewizję, błyszczące
á la złote tabliczki na drzwiach i nowiutkie meble w gabinetach, do których mało kto zagląda.

Powtarzam, student to nie osioł idący za marchewką. Nawet „osioł” prędzej czy później zobaczy, że realia różnią się od folderów reklamowych. A jeśli taka rzeczywistość będzie mu odpowiadać i nie będzie chciał niczego zmienić ani wymagać to rzeczywiście jest osłem. Albo  zwyczajnym leniem.

A może to ja wymagam zbyt wiele w polskich realiach i przede wszystkim… mentalności? Jakie jest Wasze zdanie? Wolicie, żeby było trudniej, ale by studia miały wartość? Z niecierpliwością czekam na Wasze opinie.

 

  • Kurde..zgadzam się z Tobą całkowicie…nasze polskie uczelnie potrafią wypromować siebie poprzez fajną reklamę, a jak zachęcają „przyjdź do nas” po naszym kierunku dostaniesz pracę, sralala…a efekt jest taki, że wypuszczają magistrów teoretyków.
    Co do Erasmusa to faktycznie krąży takie przekonanie, już od wielu osób to słyszałam, że przecież tam to się ma cały czas wakacje i nie trzeba się uczyć. Już Ci to chyba pisałam, że strasznie Ci zazdroszczę tych zajęć praktycznych 🙂

    • Przyznam Ci szczerze, że zawiodłam się studiami w Polsce i mimo że na greckiej uczelni było wiele absurdów, to jednak podejście do nauki przywróciło mi nadzieję że jednak można działać, ba, że można po prostu CHCIEĆ.
      I wiesz, co najciekawsze? Muszę powtarzać semestr po Erasmusie, bo nie przesiedziałam iluśtam godzin na super kreatywnych i innowacyjnych wykładach… Sprawiedliwość? Nie ma i nie będzie.

      • Ja po swoich studiach w Polsce byłam totalnie zielona jeśli chodzi o praktyczną wiedzę, a właśnie takiej wiedzy w 90 % wymaga się w pracy, przynajmniej w moim zawodzie, oczywiście teoria też jest potrzebna, ale mogliby właśnie kłaść nacisk i na tę kwestię. Może to się kiedyś zmieni.

        • Mam to samo, należę (na szczęście) do grona szczęśliwców, którzy „w zawodzie” zaczęli pracować już na licencjacie. Jakie było moje zdziwienie, kiedy okazało się, że to wszystko, czego nas uczą na studiach nijak się ma do realnego życia. Od tamtej pory zaczęłam się szkolić, ciągle się uczę, staram się robić dużo ponad program, żeby dalej móc pracować, m.in. po to też był Erasmus.
          A większość osób tego nie rozumie. Wygoda, „byle zaliczyć” i jest fajnie. I jedyną opcją staje się później ucieczka za granicę na zmywak albo do ogórków, „bo w Polsce nie ma pracy”. Jest! Tylko trzeba „coś” umieć, a z tym po studiach jest problem….

  • Sylwia

    Genialny wpis

    • Dziękuję serdecznie z opinię i zapraszam ponownie 🙂

  • IMOMO.pl

    Więcej praktyki na studiach, partnerskie traktowanie i chętnie wróciłabym na studia, a tak to cieszę się, że mam ten etap za sobą…..:)

    • Fakt, wspomnienia ze studiów nie zawsze są pozytywne, a same studia nie takie przyjemne, jak nam się wydawało, że będą…

  • Kończysz tę uczelnię, która ja mam już parę ładnych lat za sobą. Niestety dokładnie wiem o co Ci chodzi, bo także doświadczyłem tego na sobie.

    • Niestety… Wiesz dokładnie, co się dzieje, wiesz, jak traktuje się studenta. Szkoda tylko, że mówiąc najogólniej „uczelnia” wciąż nie rozumie, dlaczego na roku jest 30 osób, a nie jak przed kilkoma laty 150…

  • Andrzej Turski

    Oczywiście z przyjemnością przeczytałem. Trochę rzeczy się powtarza, ale to naturalne przy robieniu podsumowania całej tej przygody. No co Ci będę kadził non stop. Jesteś mądrą i świadomą osobą. Brniesz konsekwentnie w obranym kierunku. Masz poczucie własnej wartości, bo ciężko na nią pracujesz. Dobrze, że podjęłaś ten projekt, bo napewno pomoże niejednej zagubionej młodej osobie w podjęciu życiowych decyzji. Chociaż z drugiej strony, Twoja postawa jest tak wyraźna i ma wymiar uniwersalny, że w zasadzie w każdym wieku można się nią zainspirować. Nigdy nie jest zapóźno na zmiany w swoim życiu. No pisz, pisz Asiu, pamiętaj, że masz tu kilku wiernych czytelników, mimo tego że ich często nie zobaczysz w komentarzach to wciąż są.

    • Serdecznie dziękuję za miłe słowa i wsparcie. Trochę mnie już znasz, więc nie jest czymś nowym dla Ciebie moje zdanie w wielu kwestiach.
      A blog jest po to, żeby pokazać wszystkim niedowiarkom, że można. Że to bzdura, że po turystyce nie ma pracy. Że można przebierać w ofertach pracy. Ale trzeba tylko chcieć.
      Zapraszam Cię do lektury kolejnych wpisów. A będzie o czym czytać – wiesz o mojej aktualnej walce z wiatrakami, a właściwie jednym dużym wiatrakiem. I o tym też będzie mowa. Bo wzniosłe hasła reklamowe nijak się mają do rzeczywistości, a dużo osób ślepo podąża za wyretuszowanymi zdjęciami i reżyserowanymi filmikami reklamowymi…

  • Ja spedzilam rok w Perugii we Wloszech i uwazam, ze ten wyjazd bardzo duzo mnie nauczyl. Zawarlam przyjaznie, ktore trwaja do dnia dzisiejszego, nauczylam sie wloskiego, zwiedzilam wiele ciekawych miejsc, a przede wszystkim mialam okazje popodgladac jak zyja Wlosi.

    I rowniez musialam sporo sie uczyc na wyjezdzie. Nie bylo taryfy ulgowej dla Erasmusow 😀

    • O, poznałam kogoś z Perugii podczas Erasmusa w Grecji 😉
      Myślę że żadne zajęcia nie nauczą tyle, co Erasmus. To prawdziwa szkoła życia, bo spotkanie z nową rzeczywistością może być zgoła inne niż nasze wyobrażenia. W moim przypadku nie wszystko było idealne, nie czuję jakiejś wielkiej ekscytacji teraz – ale co się nauczyłam, to moje. Dobrze było zobaczyć coś innego, by teraz po powrocie móc poukładać w głowie pewne kwestie 🙂

  • Nigdy nie byłam na Erasmusie, dlatego fajnie było poznać Twoje wrażenia. Wydaje mi się, że to było spore wyzwanie dla Ciebie i świetna lekcja 🙂

    • Tak jest, wyzwanie przeogromne, a i lekcja najlepsza w życiu! Z czystym sumieniem mogę polecić wyjazd na Erasmusa, ale jednocześnie muszę powiedzieć, że nie każdy się tam nadaje… O tym będzie mowa w jednym z kolejnych wpisów.

  • Grecka niepunktualność – wiem coś na jej temat. Dobrze jednak, że greckie szkolnictwo wyższe ma swoje plusy i dobre strony. Po pierwszych słowach sądziłam, że będzie to grecka tragedia…

    • Po pierwszej wizycie na uczelni też tak myślałam. Ale jednak grecka mentalność, a konkretnie jeden element – bezproblemowość – był kluczowy. Nie ma rzeczy niemożliwych, wszystko da się załatwić bez stresu i z korzyścią dla obu stron.
      A w Polsce? Ledwo wróciłam i zaczęłam walkę z papierologią, a już dostałam kopa w tyłek, bo „to nie w moich kompetencjach”, „ja nie wiem”, „nie mam czasu”, „to trzeba najpierw podanie” itp. Summa summarum po dwóch wizytach na uczelni dalej nie wiem nic. Ot i taka to rzeczywistość.

      • Mieszkałam w Grecji ponad 3 lata – co prawda nie studiowałam na uczelni, ale uczyłam się języka w szkole dla dorosłych. Papierologia w Grecji jest równa Polskiej – może nie wszędzie, ale urzędy są czasami nie do pokonania… 😉

  • Chyba bym nie wytrzymała na studiach tego chaosu, który panuje w Grecji… 😉

    • Jest ciężko, nie ukrywam. Zwłaszcza, jeżeli na codzień jest się zorganizowaną i ułożoną osobą. Miałam problem z przyzwyczajeniem się, ale nie zostało nic innego, jak tylko się dostosować 🙂

  • Czerwone Okulary

    Ja z kolei wybralam sie na wymiane studencka do bardzo zorganizowanych Dunczykow i tak mi sie spodobalo, ze zostalam.. 🙂

    • O, super! Mów jak tam u Ciebie było i jest teraz 😉

      • Bylo super – nie moge narzekac na abyt duza ilosc nauki 😉 Teraz? Chyba moge spokojnie powiedziec, ze udalo mi sie znalezc prace moich marzen, a Kopenhaga jak na razie jest miejsce w ktorym spedze kolejnych kilka lat 🙂 To tak w skrocie 🙂

        • Ekstra! Ciesze się, że znalazłaś swoje miejsce i to dzięki Erasmusowi 😉