Media społecznościowe zasypywane są teraz tysiącami zdjęć z obron prac licencjackich i magisterskich obowiązkowo ze stosownymi podpisami „Wreszcie po studiach”, „Pani magister” czy „Nareszcie po!”… Nie potrafię przejść obok nich obojętnie. Studia to jedna wielka ściema. Dla ciekawskich – nie, nie obroniłam się. Nie podchodziłam jeszcze do obrony. Ba, jeszcze nie zaczęłam pisać pracy magisterskiej. Wciąż mam kilka przedmiotów do zaliczenia.

Minęły już czasy, kiedy studiowanie uznawane było za prestiżowe, a sam student traktowany był niemal jak boski wybranek. Teraz praktycznie każdy jest magistrem i nie jest to niczym wyjątkowym. Wyjątkiem jest teraz ktoś, kto poszedł inną drogą i olał studia nie uznając ich za niezbędny do dalszego życia epizod. I tych ludzi podziwiam. Ale żeby było jasne, mówię o tych, którzy mieli pomysł na siebie, a nie odpuścili studia, bo im się nie chciało.

Po co nam w ogóle studia?

 Tak, tak, znamy te bajki o chęci rozwoju, zdobyciu stosownego wykształcenia, nabyciu umiejętności niezbędnych w życiu zawodowym, realizacji własnych pasji i innych takich górnolotnych pierdołach. Szkoda tylko, że tych wzniosłych haseł nie widać w czynach studenckiej braci, a studiowanie w wielu przypadkach ogranicza się do przesiedzenia przez 5 lat w kącie w oczekiwaniu, aż ktoś poda na tacy długo oczekiwany dyplom.

Studia wyobrażałam sobie zupełnie inaczej. Miało być tyle wspaniałych rzeczy, praktycznych zajęć, noce spędzone nad książkami, walka z własnymi słabościami, tyle możliwości rozwoju, szans. A tu nic. Pierwsze trzy lata spędziłam nie mając żadnych perspektyw po zajęciach – na uczelni nie funkcjonowało nic, co miałoby jakikolwiek związek z turystyką. Nie było koła naukowego, dodatkowych zajęć, nic! Chętnych do działania i własnych inicjatyw ze świecą szukać. Na ostatnim roku licencjatu zaczęłam przygodę z pilotażem – wtedy zobaczyłam, jak bardzo uczelniane zajęcia mijają się z zawodową rzeczywistością i jakie bzdury serwowane są nam każdego dnia podczas zajęć. Obrona pod koniec czerwca i wielka ekscytacja, że ten etap mam za sobą. Ale… obudziła się we mnie chęć zmian.

Miała być przerwa i wyjazd. Nie wyszło.

Na ostatnią chwilę podjęłam decyzję o kontynuowaniu studiów. Kilka zbiegów okoliczności zaowocowało osiedleniem się na końcu świata, w Polsce B albo i C, prawie pod białoruską granicą. Szału nie było. Uczelnia od początku mnie nie porwała, ale wkręciłam się w koło naukowe i to było moim motorem napędowym. Zaczęłam działać poza zajęciami, różne inicjatywy, spotkania, wyjazdy, nowi ludzie, robienie tego, co sprawia mi radość. Uczelniane zajęcia były tylko niechcianym dodatkiem do pasji, którą zaczęłam realizować ze zdwojoną siłą. Pojawiły się oferty pracy, w których mogłam przebierać. Na uczelni bywałam rzadziej. Wtedy nastąpił mój pierwszy wewnętrzny bunt przeciwko choremu systemowi – tak, studia przeszkadzały mi w robieniu tego, co kocham. Musiałam wytrzymać, miałam złożone dokumenty na Erasmusa i zaliczenie semestru było warunkiem wyjazdu. Zacisnęłam zęby i w lipcu nadrobiłam zaległości.

We wrześniu zaczęłam wielką erasmusową przygodę. A tam… wiele sprzeczności, wewnętrznej walki, buntu, ekscytacji, złości i innych mieszających się emocji. Tyle możliwości, szans, propozycji… Kontra szara polska rzeczywistość.

Wrócę. Zrobię swoje. A potem będę działać na zdwojonych obrotach.

Ale na dzień dobry dostałam w twarz. Przez trzy miesiące zasypiałam i budziłam się z dudniącą w mojej głowie myślą „co dalej?”. Wszystkie plany, marzenia, wielkie ambicje runęły niczym domek z kart. Poczułam się przeżuta i wypluta przez swoją cudowną „Alma Mater”. Znów poświęciłam się pasji – kołu naukowemu, organizacji imprez, blogowaniu, wyjazdom na konferencje, pilotażowi. W krytycznym momencie olałam wszystko i przestałam chodzić na zajęcia.

Miałam ochotę wszystko rzucić, oszczędzić sobie nerwów i po prostu zacząć żyć jak człowiek, bez lęków
i  niepewności.

W trasie się uspokoiłam. Stwierdziłam, że jakoś to będzie i że nie chciałabym przechodzić przez te wszystkie zajęcia i zaliczenia jeszcze raz. Nie na tej uczelni. Przyjęłam mocno olewczy stosunek do całej sytuacji uświadamiając sobie, że te studia to jedna wielka farsa. Na palcach jednej ręki mogłabym wymienić wartościowe zajęcia, na palcach drugiej – wykładowców, którzy potrafią zarazić pasją. Z początku zupełnie nieświadomie, z czasem z coraz większą premedytacją wyznawałam zasadę yebiemnieto. Efekt – zaliczenia szły jedno za drugim, bez większej nauki, przygotowania. I wtedy coś sobie uświadomiłam.

Po cholerę przez 4,5 roku studiów starałam się, uczyłam i walczyłam o wiedzę, skoro wystarczy po prostu wszystko… olać? Efekt końcowy będzie taki sam!

Jak to mówią, „jak ktoś będzie chciał się nauczyć, to i tak się nauczy”. No w sumie racja. Ale powiem Wam jedno: nie rozumiem tego całego pędu za studiami. Maturzyści ślepo podążają za starszymi rocznikami traktując jako punkt honorowy pójście na studia. Ilu z nich wybiera przypadkowy kierunek? Ilu z nich wie, co chce w życiu robić? Ilu z nich podejmuje studia świadomie, w kierunku, który ich interesuje? A ilu z nich idzie na studia tylko po to, żeby spełnić niespełnione ambicje rodziców?

W niedzielę spotkałam kilka lat młodszą koleżankę. Jej zafascynowanie biologią i medycyną zaprowadziło ją na… administrację. Pyta co u mnie. Pełna entuzjazmu mówię o pracy, ostatnich eventach, konferencjach, wyjazdach. Na co ona: „fajnie Ci. Ale nie każdy może robić to, co lubi”. Bzdura! O wszystko można zawalczyć. Pójście na przypadkowe studia tylko po to, żeby się na nich męczyć? Nie dziękuję!

Przeraża mnie totalna obojętność w postawie wielu studentów.

Co chcesz w życiu robić? – Jeszcze nie wiem.

Czemu studiujesz turystykę? – Nie wiem.

Czemu w ogóle studiujesz? – Żeby mieć dyplom.

Czym się interesujesz? – Modą.

To po co turystyka? – Bo jakieś studia trzeba mieć.

I teraz przechodzimy do sedna.

Co zmieniają studia w Twoim życiu? Nic. Jedno wielkie nic.

Po odebraniu dyplomu nie będziesz wcale inteligentniejszy. A propos mądrości też można polemizować w wielu przypadkach. Pracodawcy nie zaczną z dnia nadzień bombardować Cię telefonami z propozycjami pracy. Nikt nie będzie Cię błagał na kolanach, żebyś zechciał zasilić szeregi jakiejś korporacji. Nie zostaniesz prezesem.

 Świat nie stanie na głowie, bo Ty masz pieprzone mgr przed nazwiskiem. Szczerze mówiąc Twoje mgr nikogo nie interesuje, bo odtąd jesteś jednym z wielu. Kolejnym magistrem.

Jeśli nie masz oleju w głowie ani pomysłu na siebie to swój piękny i pachnący nowością dyplom możesz oprawić w ramkę, powiesić nad łóżkiem i codziennie na niego patrzeć. Patrzeć i pluć sobie w brodę, że swoim życiem mogłeś pokierować inaczej. Możesz przeszukiwać ogłoszenia o pracę i rwać włosy z głowy, bo przecież mogłeś wybrać coś innego. Możesz żałować.

A w końcu… Pójdziesz na kolejne studia i zdobędziesz następny dyplom.

I będzie tak samo.

studia

Podobne Posty

  • ArtMagda
  • Uuu, słyszę bunt! Masz sporo racji, krytykując nierozgarnięte podążanie za „trzeba mieć papier” i wybieranie randomowych kierunków. Ten nurt jest przerażający i bardzo szkodzi i absolwentom szkół, i samym studiom (jako idei). Współczuję też, że uczelnia podcinała Ci skrzydła, marnowała Twój czas i w ogóle okazała się potrzebna jak psy na budę.

    Sama, choć sama rozwinęłam się przede wszystkim na własną rękę, bardzo cenię moje studia. Były dla mniej jak punkt wyjścia i trampolina. Rzuciłam je z powodów finansowo-zdrowotnych tuż przed obroną i teraz pluję sobie w brodę, że nie mam mgr – bo mogłabym wiele, ale ciągle słyszę „jeszcze nie jesteś psychologiem” „bez magistra nie możesz” „chociaż status studenta by się przydał…”. No więc wracam. W moich przypadku papierek to również niezbędne uprawnienia, przepustka na podyplomowe (na psychologii nie ma jeszcze licencjatu) i w ogóle zielone światło. Bez magistra jestem amatorką:(

    • Sama idea studiów jest bardzo ok. Lubię się uczyć, świadomie wybrałam kierunek. Ale… jestem mocno rozczarowana tym, co zastałam. Poziomem wielu zajęć, który nie różni się niczym od lekcji w podstawówce. Nie do końca przemyślanymi planami studiów. Totalnym brakiem praktyczności, powtarzaniem tego samego materiału na połowie przedmiotów… Można wymieniać w nieskończoność.

  • Szkoda, że moja „ex” uczelnia robi takie wybryki. Za moich czasów było tam nieco inaczej, choć nie zaprzeczę, że podobne wyskoki także się zdarzały ale były to incydentalne zjawiska.

    • Wiesz jak jest. Miałeś przykład podczas ubiegłorocznej imprezy kajakowej. Najgorsze jest to, że stało się to już normą…

  • Zgadzam się z tym, że jest jakieś okropne parcie na studia, przez co w zasadzie ich poziom znacznie się obniżył. Jednocześnie, można spróbować postawić się na miejscu tych prowadzących, którzy każdego dnia widzą tłumy studentów, którzy zwyczajnie nie chcą zdobywać wiedzy i ich dany kierunek nie interesuje, a studiują, bo nie chcą być gorsi od znajomych, bo spełniają ambicje rodziców, bo „papierek” jest ważny. Nie dziwię im się, że po latach pracy z takimi ludźmi zwyczajnie im się nie chce i nie wierzą w swoją pracę.

    Ja uwielbiam moją uczelnię. Jest to co prawda burzliwa miłość – są dni kiedy jej nienawidzę i nie mogę się doczekać, aż wreszcie skończy się ten stres, ale wiem, że dzięki nim sporo się nauczyłam. I choć na pierwszy rzut oka ‚teoria’ wyniesiona ze szkoły niewiele ma wspólnego z tym jak wygląda praktyka w pracy, to jednak (czasem nawet nieświadomie) wykorzystuję tę wiedzę i umiejętności i mam pewną bazę, dzięki której dużo łatwiej mi się rozwijać w tym temacie samodzielnie.

  • O stara, jakbym napisala, co sie u mnie na UJ dzialo, to moglabym otwierac nowy cykl na blogu :v a ponoc to najlepsza uczelnia w Polsce…!

  • Jestem nauczycielem akademickim (w zupełnie innej dziedzinie) i naukowcem. Tym postem kwestionujesz sens mojej pracy.
    Tyle, że mi moja praca sprawia satysfakcję i moim studentom studia (chociaż wyjątkowo trudne i dłuższe) raczej też. Z niektórymi kontakt utrzymuję do dzisiaj – często przychodzą na uczelnię się poradzić w trudnej sprawie lub nawiązać współpracę zawodową, inni czytają mojego podróżniczego bloga. To, że Tobie Twoje studia nie sprawiły radości i satysfakcji, nie znaczy, że innym też nie sprawiają. A tytuł postu – cóż… Może powinien brzmieć „Jak studia nie wnoszą nic do MOJEGO życia”, dlaczego perswadujesz innym, że ich wybory są nic nie warte?

    • A ja stanę w obronie Koleżanki, bo rozumiem, co chciała wyrazić. Fantastycznie, że Twoja praca sprawia Ci radość, i że masz zaangażowanych studentów, i że wszyscy lubicie to, co robicie. Takich wykładowców cenię szczególnie, bo zaangażowanie zawsze widać i zawsze ono procentuje wartościową wiedzą, którą przekazują studentom.
      Niestety normy i rozporządzenia i cała ta papierologia dotarły też na uczelnie i robią swoje. Choćbyś nie wiem jak chciała, nie poprowadzisz tylko tych zajęć, które Ty uważasz za słuszne, jeśli osoba przygotowująca siatki studiów wpisze tam jakiś nikomu nie potrzebny przedmiot. Być może z własnego – odmiennego od Twojego – punktu widzenia, a być może ze względu na jakieś normy. W to wchodzić nie będę, bo na tym się nie znam.
      Nikt nie kwestionuje Twojej pracy, naprawdę serce rośnie, że są tacy ludzie jak Ty 🙂 Po prostu nie wszyscy są tacy i niezadowolenie ze studiów nie zawsze wynika ze złego wyboru lub przyczyn tkwiących w nas samych. Pozdrawiam 🙂

      • Ewcia, dobrze powiedziane! Nawet nie zdążyłam odpisać, a Ty już napisałaś to, co miałam na myśli 🙂

    • Zapewne zauważyłaś (mam nadzieję), że tekst od początku jest tendencyjny. Równie dobrze mogę napisać tekst „Jak studia zmieniają Ciebie i Twoje życie” i też będzie prawdziwy. Mam kilku wykładowców, z którymi ciągle utrzymuję kontakt. I tak, są wykładowcy, którzy czytają mojego bloga i dzielą się ze mną swoimi spostrzeżeniami. I tacy, którzy interesują się moja pracą zawodową. Są zajęcia, które wspominam z wielkim uśmiechem. Są chwile, w których nie zamieniłabym swoich studiów na żadne inne.
      Ale nie bójmy się mówić też o złych rzeczach, nie dla każdego oczywistych. Przecież turystyka też nie ogranicza się do beztroskich wczasów all inclusive, a praca w tej branży nie zawsze tak lekka i przyjemna jak się wszystkim wydaje. Po to właśnie jest ten blog – żeby pokazać też drugą stronę medalu. Zapraszam do lektury innych wpisów 😉

  • Blog Mateusz Dański

    Przeczytać artykuł akurat rekrutując się drugi raz na uczelnie wyższą 😀

    PS: I tak pójdę, bo w Informatyce papierek się przydaje 😉

  • Hmmm, nie mam pojęcia od czego zacząć, bo zgadzam się z Tobą, ale mam trochę inne doświadczenia.
    U nas, na slawistyce, jest mnóstwo aktywności związanych z kierunkiem: wykładowcy zapraszają gości z Bałkanów z bardzo różnych dziedzin, są spotkania, imprezy, nawet możliwości wyjazdów. Erasmus Erasmusem, ale są jeszcze stypendia ministerialne i szkoły letnie. Możliwości jest ogrom, zwłaszcza jak studiuje się w małej grupie i na wyjazd załapiesz się za każdym razem, za którym tylko zechcesz (no, oprócz Erasmusa i ministerialnych, ale z tym też różnie bywa, bo okazuje się, że przy Erasmusie+ wyjazdy z Erasmusa „zwykłego” się anulują). I ja nie jestem odpowiednią osobą, żeby oceniać te wyjazdy, bo sama na żadnym nie byłam. Serbia dołowała mnie po dwóch tygodniach, a co dopiero jechać tam na semestr. Niemniej jednak możliwości są i to ogromne.
    Ale jest też druga strona medalu. Z zajęć, które przydają się w życiu, mogę wymienić praktyczną naukę języków (i ich wszystkie odmiany, w tym ze cztery rodzaje zajęć z tłumaczeń). I może kulturę. A reszta? reszta boli, ciąży i jeśli nie marzy się o karierze naukowca-filologa to jest to po prostu zbędny balast, który tylko powoduje, że obniża się nasza naukowa samoocena. Po serbsku mówię dobrze i to jest moja duma. Ale cała reszta to tylko zapchajdziura, a w zasadzie nawet nie, bo miejsce, gdzie powinna mieścić się moja wiedza do potencjalnej pracy, nadal świeci pustkami.
    Dlatego lubię moje studia i jednocześnie ich nie lubię. Dotrwam do końca, bo mimo wielu, wieeeeelu wad spełniłam dzięki nim swoje marzenie. A Ciebie rozumiem i myślę, że to dobry plan skupić się na pracy i na tym, co daje możliwość rozwoju. Trzymam kciuki!

    • Dokładnie, skąd ja znam te „zapchajdziury”… Nie zostało nic innego, jak tylko przetrwać do końca 🙂

  • Ula z prostoofinansach

    Gorzki ten tekst, choć niestety dużo w nim prawdy. Jesteśmy przeważnie zbyt młodzi kiedy decydujemy się na studia. Kolejne lata na utrzymaniu rodziny? Ucieczka przed odpowiedziami? Kupienie sobie czasu. Na studia dzienne zdawałam zaraz po liceum, ale w trakcie egzaminów zmieniłam zdanie i więcej nie przychodziłam. Dla mnie dobrze, zaczęłam zupełnie inną pracę, spodobało mi się…. i potem skończyłam studia zaoczne. Przy obronie pracy licencjackiej przyszedł ktoś na kontrolę i pytał czy idziemy na magisterkę. Były różne odpowiedzi. I ten człowiek nas zapytał, po co? chcecie pracować na uczelni? Przecież to tylko tytuł naukowy ten magister.
    A w społeczeństwie jego znaczenie wydaje się być inne.

    • Sama coraz częściej zastanawiam się nad sensem tego wszystkiego… Być może dlatego nie spieszy mi się do obrony i zaliczenia ostatnich zaległości. Nikt z pracodawców nie pyta mnie o studia. Interesuje ich tylko doświadczenie i uprawnienia. Tak to działa w turystyce.
      I ciągle stoję przed dylematem – męczyć się dla papierka czy rzucić to w cholerę i pozbyć się ograniczeń…

      • Ula z prostoofinansach

        Jeśli jest już tak blisko to warto skończyć, choćby dla siebie. Nigdy nie wiadomo kiedy się papierek albo wiedza przyda. A z pracą powoli uda się rozkręcić. Niestety na wszystko trzeba czasu i cierpliwości, a niekiedy i odrobiny szczęścia. Trzymam kciuki za szczęście 🙂

  • To wszystko prawda. Poziom na uczelniach bardzo spadł – zresztą większość prowadzących sami olewają studentów nic od nich nie wymagają. Tak naprawdę na większości studiach nie trzeba robić nic, żeby zdać na 3. Chociaż z drugiej strony wkurza mnie słuchanie : po co jesteś na studiach skoro i tak potem każdy magister kończy na zmywaku? No halo, ale jak teraz magistra można dostać w każdym małym mieście, to wiadomo, że każdy nie znajdzie pracy. I jak ktoś idzie na jakiś byle kierunek i tylko po to, żeby było „mgr” i do niczego się nie przykłada, to z jakiej racji ma mieć dobrą pracę? Przecież nie wdychamy wiedzy z powietrza na uczelni. Trzeba przez te 5 lat uczyć się dużo we własnym zakresie i tak. Chociaż sama często wyzywam swój uniwersytet i czekam ze zniecierpliwieniem na zakończenie (już za rok!):)

    • Zgadzam się z Tobą w zupełności! Uczelnia to tylko element życia nazywanego „studiami”. Tylko własną pracą i działaniami dodatkowymi jesteś w stanie realizować swoje pasje i osiągnąć postawione cele 🙂

  • Kurczę, dzięki Ci z aten tekst 🙂

  • Świetnie napisane! Dzisiaj na studia może iść każdy. Ale co z tego? Skoro same studia nie dają nic poza papierkiem i zmarnowanymi latami? Dzisiejsi pracodawcy oczekują od swoich potencjalnych pracowników doświadczenia – a to rzadko kiedy można na studiach zdobyć.
    Bo jeśli chodzi tylko o chęć rozwoju – jest wiele praktycznych kursów i warsztatów, na których możemy zdobyć wiedzę nie tylko teoretyczną 😉

    • ….a ci doświadczeni (np. 8 lat pracy na danym stanowisku) muszą iść inżyniera uzupełnić o mgr-a…..dla papierka. Sick.

  • Jesli trafisz na dobry kierunek, tj. taki na ktorym zrealizukljesz swoje zainteresowania to sa warte i to wiele. Dwa studia to rowniez wartosc poznania nowych ludzi, zupelnie inne kontakty, ktorych nie poznasz np. w pracy 🙂

    • Prawda! Kierunek mi odpowiada. Ja mam na myśli bardziej organizację, wiele zaniedbań i zaniechań na poziomie planowania i potem działania uczelni. Studia to i tak najlepszy okres w życiu 🙂

  • Cóż, trudno mi to pisać, ale nie wyobrażam obie siebie studiującej turystyki, to taki kierunek do odbębnienia, zazwyczaj krytykują osoby, które poszły na studia, które z jakiś powodów nie są oblegane i łatwo się na nie dostać: administracja, pedagogika czy inne tego typu kierunki… Ludzie nie pójdą na politechnikę, bo po prostu w liceum nie dokonali właściwych wyborów – jak ja, niektórzy nie dostali się na wymarzone studia i nie spróbowali napisać jeszcze raz matury, by spróbować w kolejnym roku. Studia są fajne, nie każde wyglądają jak Twoje.

    • Co jak co, ale turystyki będę bronić! Nie zgadzam się ze stereotypem, że to kierunek dla tych, którzy nie dostali się nigdzie indziej. Na turystyce też czasem bywa trudno (u nas na licencjacie kilka osób odpadło na anatomii, a 24 miało warunek z psychologii) i mogą to być wartościowe studia.
      Do samego kierunku nic nie mam ba, nie wyobrażam sobie innego wyboru. Tu chodzi bardziej o organizację, często przestarzałe metody, nie podążanie z duchem czasu, odbębnianie wielu kwestii zarówno przez wykładowców, jak i studentów.

  • witaj. Tragicznie czyta się szary tekst na białym tle. Byłem zaciekawiony tematem ale zrezygnowałem po pierwszym akapicie, tak bardzo męczące dla oczu jest czytanie tekstu o takim kolorze. Nigdy nie rozumiałem ludzi, którzy celowo i świadomie dokonują takiego wyboru… 🙁

  • To parcie na studia nie bierze się znikąd. Fakt, jest spora grupa studentów, którzy idą „dla papierka”, ale są też tacy, dla których to jedyna szansa na wyrwanie się z marazmu jaki ich czeka na rodzinnej prowincji.
    Tego samego dnia co Ty opublikowałem wpis na temat studiów i przygotowałem ankietę dla tych, którzy się wahają i nie wiedzą po co na studia idą: http://finanseodpodstaw.pl/czy-warto-isc-na-studia/

    • I tu też się zgodzę, bo studia dają szansę na rozpoczęcie nowego życia, dają jakieś światełko na wyrwanie się z prowincji (znam to z autopsji, też pochodzę z małej wioski o której nikt nie słyszał).
      Chętnie przeczytam Twój wpis, dzięki! 🙂

  • Tak, myślę bardzo podobnie. Choć pewnie i wiele zależy od uczelni, od samego wykładowcy. Ale motywacja, żeby iść na studia tylko po to by iść na studia też jest dla mnie nic nie dająca. Sama się zastanawiam nad tym, czy czasem moim dzieciom nie zainteresować po prostu pójściem do pracy, wyjazdem gdzieś czy czymkolwiek innym, żeby same doszły do wniosku, na ile i do czego studia są im potrzebne. Albo raczej co im jest potrzebne do rozwoju.

    • I to jest dobre podejście. Chyba jesteśmy jeszcze za młodzi, kiedy musimy podjąć decyzję dotyczącą studiów. Do mnie wiele rzeczy dotarło dopiero po jakimś czasie.

  • Niestety też miałam wyobrażenie skrojone na miarę mojego podejścia do życia, czyli jeśli coś robić, to na 100%, to ma być z prawdziwego zdarzenia! …… studia zniechęciły mnie do nauki (w ogóle szkoła) jak mało co. ALE miałam też szczęście studiować potem jeszcze 1 kierunek- i to było na miarę mojego podejścia do życia 🙂
    Jesteśmy w jakimś punkcie zwrotnym, tak sądzę. Coś się będzie zmieniać z biegiem czasu – coraz więcej osób o tym mówi, o tych magistrach -na – papierze…

    • O to, to, jakbym siebie słyszała! Zawsze wszystko na 100%, robić coś dobrze, albo w ogóle… A wyszło na to, że wystarczy wszystko olać i efekty będą takie same. Ale warto jednak walczyć. Przede wszystkim dla samego siebie po to, by móc spojrzeć w lustro i powiedzieć – zasłużyłam na ten dyplom. Wszak rzeczywistość prędzej czy później zweryfikuje wartość dyplomu… Albo jego właściciela.

  • Krajoznawcy

    Gorzkie, ale prawdziwe są twoje spostrzeżenia. Jakiś czas temu kończyłem administrację – na uczelni było tak podobnie, że na licencjacie skończyłem studiowanie. Jedynie co wyniosłem z tych studiów, to bardziej dociekliwe przeszukiwanie przepisów w razie potrzeby – nic więcej (no może poza dyplomem).

    • Zawsze coś się wynosi ze studiów, choćby nie wiem jak bardzo rozminęły się z naszymi wyobrażeniami. Najgorszy dla mnie jest ten zawód i rozczarowanie. Liczyłam na więcej. Po prostu. I choć gdyby nawet 90% studentów było zadowolonych ze studiów (podobno), to zawsze pozostaje tych 10% niezadowolonych. Ale ich o zdanie już nikt nie pyta, bo to tylko zepsułoby statystyki. Tak, znam to z autopsji.

  • Nie mogę odnieść się do osób po studiach, bo sama ich nie ukończyła, ba nawet się na nie nie wybierałam, bo wtedy kierunek, który chciałam wybrać, można było studiować tylko w Łodzi, a mnie i moich rodziców, nie było na nie stać. Skończyłam za to szkołę zawodową (fryzjerstwo), technikum fryzjerskie (tytuł fryzjer-stylista), dodatkowo wzbogaciłam się wiedzą na warsztatach, szkoleniach i pokazach. Po co zatem chciałam studiować? A po to, by uczyć nowe pokolenia fryzjerów. Co mi pozostało? Mogę przeprowadzać szkolenia i kursy, co jest bardziej opłacalne niż to gdybym została nauczycielem fryzjerstwa. Tak więc mi studia nie były tak do końca potrzebne, jednak może kiedyś podejmę się ich, by chociaż spróbować swoich sił. Mój mąż z kolei ma tytuł inżyniera, dopiero po 6 latach pracy został doceniony i aktualnie jest na kierowniczym stanowisku. Ostatnio w jego firmie przyjął się chłopak, który jest bardzo ambitny, bez studiów, ale z zapałem i z sercem podchodzi do pracy. Mąż wspominał, że z takimi ludźmi się super pracuje, jego umysł jest otwarty i podejrzewa, że może także wskoczyć na jakieś kierownicze stanowisko.

    Dlatego chyba po części muszę się z Tobą zgodzić, że nie we wszystkich przypadkach, a szczególnie w dzisiejszych czasach, kiedy dyplom otrzymuje każdy, nie koniecznie studia to prestiż 🙂

  • Kiedyś popełniłem wpis „Po co mi studia” (nie będę linkować, żeby nie wyjść na spamera) i też się zastanawiałem, co one w ogóle mi dają. Bo niby skończyłem Politechnikę (nawet nie pamiętam dokładnie specjalizacji), potem wrzuciłem dyplom do szuflandii i tyle było z moich studiów.

    Jednak kiedy pracowałem z ludźmi, który albo nie poszli na studia albo dyplom sobie kupili (i jeszcze nabijali się z tych, którzy uczciwie studiowali – frajerzy) doszedłem do wnioski, że:
    – Po studiach nie jest się burakiem (może uogólniam, ale statystycznie większość moich znajomych, którzy coś ukończyli, reprezentuje sobą dużo wyższy poziom
    – Człowiek po studiach lepiej sobie radzi (nie tylko w wyuczonym kierunku) z różnymi problemami, umie znaleźć rozwiązanie, umie coś wykombinować, nie czeka na gotowe. To pewnie związane jest z tym, że w szkole średniej wszystko co musieliśmy wiedzieć, po prostu nam dyktowali. Na studiach podano temat i radź sobie człowieku sam.
    – Mnie dodatkowo studia uratowały od woja – amnestię dla magistrów ogłoszone na tydzień przed moją obroną.

    Z drugiej strony straciłem 5 lat życia. Dlatego całą wiedzę, której nie wyniosłem ze szkół ani z domu, a którą nabyłem dopiero później, będę starał się wpoić mojej córce. Jeśli już po maturze będzie miała pomysł na życie i będzie umiała sobie radzić, nie będę jej pchał na siłę na studia.

  • Parcie na studia – ok, taki mamy klimat. Przewrotnie jednak „Co zmieniają studia w Twoim życiu?” – na to pytanie mogę odpowiedzieć, że sporo. Po moich studiach nauczyłem się wielu rzeczy, niekoniecznie związanych z moją specjalizacją i wyrobiłem sobie trochę inne podejście do życia.

  • Masz rację, nie studia robią z człowieka inteligenta, ale to ile i co czyta. Ja jestem po ekonomii, a nawet nie wiem dobrze jak PIT wypełnić… Żenada… Za to wiem jak szukać i jak ogarnąć życie – tego właśnie studia mnie nauczyły: zaradności i przedsiębiorczości. Czyli coś tam jednak uczą 😉

    • Dokładnie! Na studiach dowiesz się więcej o życiu niż treści kierunkowych.

  • takie małe moje uzupełnienie: pytam się stażystki(ty) jaką uczelnię skończyła lub kierunek. Nie chcą odpowiadać. Podsumowują, że studia nic nie dają ale nawiedzeni pracodawcy kochają papiery.

    • Jest w tym sporo prawdy… Niestety taka jest nasza rzeczywistość. Studiujesz, ale tak do końca to czasem nie wiesz po co.

  • I pozamiatane. Po przeczytaniu mogę to tylko skomentować stanowczym – „TAK”.

  • Jestem zdania, że jeżeli ktoś ma pomysł na siebie, to studia są zbędne. Oczywiście nie mówię tu o sytuacjach, gdy ktoś chce zostać lekarzem czy prawnikiem, ale o tych pozostałych. Wiele osób kończy studia, bo przecież robi tak większość osób. Co im to daje i w jakim celu to robią? Nie wiem. Jeżeli studia są zgodne z naszymi zainteresowaniami to jest ok. Ale jeżeli idziemy na nie tylko po to żeby coś robić przez te kilka lat i mamy nadzieję, że później na dzień dobry dostaniemy pracę marzeń, to niestety jesteśmy w błędzie. Skończyłam administrację i wiedza którą tam zdobyłam przydała mi się do tej pory może w 10%. 🙂 Poznałam na studiach masę fajnych ludzi i tego nie żałuję. Ale jeśli chodzi o 5 lat studiowania, uczenie się rzeczy, które w ogóle do niczego nie były przydatne to była głupota.

  • Studia jeśli zgodne z zainteresowaniami mogą okazać się pomocne a w przypadku niektórych zawodów nawet konieczne. Bez studiów jednak ale z jasnością jaki ma się cel, można osiągnąć wiele. Tutaj przykład bardzo młodej osoby, która radzi sobie doskonale. Warto przeczytać http://www.job-choice.net/pr-krystian-stopka/

  • Zgadzam się z Twoją opinią na temat studiów. Jednak sądzę że warto na nie iść. Każdy wyniesie z nich coś innego. Dla mnie najwiekszym zyskiem ze studiowania są przyjaciele 🙂