Słowem  wstępu

Kolejny wyjazd przeszedł do historii. Nie ukrywam, gdzieś tam w głębi duszy skrycie marzyłam o wyjeździe do Turcji i zobaczeniu na własne oczy dawnego Konstantynopola. Nie przyszłoby mi jednak do głowy, że wyjazd nastąpi tak szybko i do tego zupełnie spontanicznie.  Ostatni miesiąc w Salonikach, sesja, mnóstwo spraw do zamknięcia. Kolejny wyjazd? Czemu nie, zawsze miałam szalone pomysły. To była szybka decyzja, przez moją głowę przemknęło tylko hasło „teraz albo nigdy”. I kupiłam bilet.

Wyjazd autobusem, rozkładowe 10 godzin jazdy nie zrobiło na mnie wrażenia (w końcu jestem pilotem, autobus to jak mój drugi dom). Bilety, wiza (heh, śmieszna maszynka do zarabiania pieniędzy, na którą nikt nawet nie zwrócił większej uwagi). Mapa, trochę informacji o mieście i miejscach wartych odwiedzenia. Konsultacje z moim „tambylcem” – Sylwią (to dzięki niej możliwy był mój krótki romans ze Stambułem i to dzięki niej na kilka dni zamieszkałam w Azji). Nie zaspałam, doturlałam się jakoś do dworca, zapakowałam w autobus (Kamil Koc/Crazy Holidays – mogę z czystym sumieniem polecić, gdyby ktoś był w okolicach; autokary vip class z serwisem na pokładzie) i… witaj przygodo!

Poza uzbrojonymi żołnierzami na granicy po drodze nie działo się nic ciekawego. Widoki przeciętne, rzekłabym wręcz, że Kosowo było bardziej malownicze. Wszystko do czasu. Po jakichś 8,5 godzinach na horyzoncie pojawił się on. Stambuł. Majestatyczny, nowoczesny, przeogromny, taki zachodni. Zakorkowany.

Tych kilka dni minęło w mgnieniu oka. Przebyte kilometry i spalone kalorie chyba nie do policzenia. Przegadane dni i noce, krótkie drzemki. Ciągłe zmęczenie. Ale satysfakcja nie do opisania.

Czym uwiódł mnie Stambuł?

Stambuł coś w sobie ma. Coś, co przyciąga jak magnes i wywołuje fascynację. Mnie przyciągnął:

tavla

– tavlą. Pierwszych kilka partii rozegrałam zaraz po przyjeździe. Wciągnęłam się całkowicie. Niby banalna gra, ale pomyśleć trzeba. Po pierwszej rundzie chcesz kolejną, i znów kolejną, i jeszcze jedną. Do kompletu herbata i czas zaczyna jakoś wolniej płynąć.

– jedzeniem. Spróbowałam kilku tureckich specyfików, jedne posmakowały mi bardziej, inne mniej, ale ogólna idea tamtejszej kuchni przypadła mi do gustu. Top 3 to: lahmacun (ciasto podobne do pizzy z mięsem, pietruszką i sosem, podawane z sałatą, którą zawija się w ciasto), tantuni (znów mięso z pietruszką podawane w picie, dosyć ostre) oraz künefe (niebiański deser w smaku zbliżony do krówek, do tego ser i pistacje). I nie, mimo degustacji wielu smaków nie dopadła mnie zemsta sułtana.

– cudownymi miejscami. Odwiedzić Stambuł i nie być w miejscach takich jak Hagia Sofia, Meczet Sultanahmed (Błękitny Meczet), Meczet i Mauzoleum Sulejmana, Grand Bazaar, Taksim czy Galata Tower to tak jak w ogóle nie być w Stambule. Marzyła mi się Hagia Sofia, ta, która jest niemal w każdym podręczniku do historii czy wiedzy o sztuce. Czy potraficie sobie wyobrazić, że ma już niemal 1500 lat? Piękna, dostojna, robi wrażenie, nic więc dziwnego, że ściąga tłumy turystów z całego świata. Wspomniane meczety Sultanahmed i Sulejmana (dwa największe w Stambule) jak na moje oko dosyć podobne. Najbardziej spodobały mi się chyba olbrzymie żyrandole. Nie dane mi było niestety spędzić tam więcej czasu, bo zbliżał się „pray time” i turyści zostali w kulturalny sposób wyproszeni. Grand Bazaar odwiedziłam z czystej ciekawości, nie dla zakupów, ale klimat poczułam – chciałam wyjść stamtąd jak najszybciej (o tym później).

Stambuł– widokami. Bosfor łączący dwa morza i dwa kontynenty jest niesamowity. A nocą…. Mmmm, cudowne widoki.

– rękodziełem. Prawie wszędzie można znaleźć wiele mniej lub bardziej przydatnych gadżetów. Począwszy od breloczków, poprzez obrazy, mozaiki, ceramikę, aż po dywany. I do tego te piękne motywy… Oj, można wpaść w zakupowy szał, bo wszystko jest takie piękne, że aż chciałoby się to mieć dla siebie.

– klimatem z ezanem w tle. Stambuł to miasto meczetów, gdzieś słyszałam, że jest ich tam 2,5 tysiąca. Nie liczyłam, ale jestem w stanie w to uwierzyć. Możecie więc sobie wyobrazić, jakie wrażenie robi ezan – nawoływanie do modlitwy, które kilka razy dziennie dochodzi z minaretów. Ciężko przejść obojętnie, gdy z każdej strony słyszysz dźwięki, które wnikają w Ciebie i słyszysz je gdzieś głęboko w sercu. Uczucie dziwne ale… podoba mi się.

– seabusami. Najwspanialszy wynalazek komunikacji miejskiej w Stambule. Kasujesz bilecik, wsiadasz na statek… i napawasz się widokiem miasta. Na pokładzie możesz też zamówić kawkę, herbatkę czy słodką przekąskę. Statkiem do pracy? Czemu nie!

Co było „be”?

Stambuł jest piękny i ma „bogate wnętrze”, nie da się ukryć –  nic dziwnego, że skusiłam się na romans z nim. Niestety, ma też swoje wady, niektórych nie mogłam zdzierżyć, mimo że byłam tam tylko przez kilka dni. Mówię nie:gb5

– zakupom na Grand Bazaar. Tak, wiem, że wiele osób obiera sobie za punkt honoru zrobienie zakupów na tym bodajże najsławniejszym bazarze świata. Nie, nie i jeszcze raz nie! Ceny są zawyżone i mimo negocjacji i tak przepłacisz. Te same rzeczy poza Grand Bazaar kupisz o wiele taniej. Nie wspomnę już o tłumie, kieszonkowcach i nie zawsze uczciwych sprzedawcach. Przez Grand Bazaar nie da się przejść nie będąc wielokrotnie zaczepionym. Dla mnie Grand Bazaar to typowa tourist trap.
– nieuczciwym sprzedawcom, którzy oferują Ci degustacje, zostajesz wręcz obsypany gratisami i darmowym próbkami, a potem… potem pójdziesz z torbami. Niektórym nie da się wytłumaczyć, że „nie” znaczy „nie” i znajdujesz się w pułapce płacąc za coś, czego nie chciałeś.

– „zaczepiaczom” – począwszy od sprzedawców, kelnerów w restauracjach, ulotkarzy reklamujących masę nikomu niepotrzebnych pierdół oraz zwykłych przechodniów, tureckich „Kowalskich”. Jak masz blond włosy, to polecam wiadro melisy na uspokojenie przed każdym wyjściem (wiem, co mówię z własnego doświadczenia). Raz, drugi, piaty, dziesiąty przymykasz oczy i puszczasz to mimo uszu. Ale w końcu nie wytrzymujesz. I szlag Cię jasny trafia, kiedy nagle okazuje się, że co drugi mijany facet to Twój „friend”, który czegoś od Ciebie chce.

tram– cenom biletów wstępów. Są drogie, naprawdę. Hagia Sofia czy Pałac Topkapi to wydatek rzędu 30 lirów (ok. 48 zł). Nie ma zniżek studenckich (tylko w Dolmabahce Palace jest zniżka na kartę ISIC). Na szczęście są obiekty, które można zwiedzać za darmo (np. meczety). Jeśli chcecie zwiedzać dużo, polecam „Istanbul pass”, ale dokładnie zapoznajcie się z zasadami jej działania, bo nie obejmuje wszystkich obiektów, za niektóre wejścia i tak musicie zapłacić.

– małej znajomości angielskiego wśród Turków. Rozumiem wszystko –  że mają swój język, który kochają i to, że to raczej osoba przyjeżdżająca powinna się troszczyć o to, jak można się dogadać. Ale żeby mieć problem z dogadaniem się na dworcu czy w restauracji w ścisłym centrum, gdzie skupisko zabytków jest największe, to już przesada. Tylko ok. 10% Turków zna angielski, a biorąc pod uwagę to, że Turcja jest krajem atrakcyjnym i przyciąga coraz więcej turystów, to chyba coś jest nie tak…

Myślę, że ciężko będzie zmienić te kwestie, ale próby zawsze można podjąć.

O Sulejmanie słów kilka

Oglądaliście „Wspaniale Stulecie”? Szał wokół tego serialu przypomina mi boom na „Modę na sukces” kilkanaście lat wstecz. Godzina emisji „Stulecia” to świętość i nikt nie ma prawa zakłócić tej wzniosłej atmosfery towarzyszącej spotkaniu z Sulejmanem Wspaniałym i jego towarzyszami. Co nieco mi o tym wiadomo, bo mam w domu jego zagorzałą fankę, która zaczęła już nawet studiować literaturę związaną z Sulejmanem i odkrywać tajemnice jego haremu. Ale nie o tym mowa.

Wiele scen kręcono w autentycznych miejscach związanych z Sulejmanem, które to możemy odwiedzić i zobaczyć na własne oczy. Do miejsc takich należy oczywiście Pałac Topkapi – jego zwiedzaniu spokojnie można poświęcić kilka godzin, a wprawne oczy dostrzegą serialową scenerię. Jeśli chcecie spotkać się z Sulejmanem „twarzą w twarz” – żaden problem, możecie go odwiedzić. Polecam rozpocząć spotkanie od wizyty w Meczecie Sulejmana, by później wstąpić do znajdującego się tuż obok jego mauzoleum. A w kolejnym mauzoleum spoczywa Hürrem Sultan (znana też jako Roksolana).

To taka gratka dla fanów „Wspaniałego Stulecia”. W sumie to nawet mnie to ruszyło – wiecie, takie spotkanie z autentyczną postacią historyczną. Przez chwilę poczułam się, jakbym przeniosła się w czasie. No dobra, też widziałam kilka odcinków „Stulecia”.

Stambuł

Reasumując

Byłam, widziałam, chcę wrócić. A to już dobry znak. Czasu zawsze mi za mało, ale taka już moja natura. Czy polecę Stambuł? Tak, ale chyba poza sezonem. Byłam na początku stycznia, przynajmniej nie było tłumów i do Pałacu Topkapi weszłam bez żadnej kolejki. Pogoda tylko jednego dnia zrobiła mi psikusa, poza tym trafiłam na słońce i całkiem miłe ciepło, było coś ok. 13 stopni. Nawet cieplej niż w Salonikach.

Być może stworzę jeszcze wpis z praktycznymi poradami i wskazówkami dotyczącymi wyjazdu do Turcji/Stambułu. Zainteresowani?

PS. Więcej zdjęć z wyjazdu możecie zobaczyć na fb.

Podobne Posty

  • W Istambule nie byłam, podziwiałam zdjęcia przyjaciół, którzy wybrali się tam na podróż poślubną. Widoki niesamowite. Utkwił mi w pamięci fakt, że w niektórych dzielnicach trudno był znaleźć europejską toaletę, w większości były to dziury w podłodze.

    • Tak, to prawda, ciężko uświadczyć tam „normalną toaletę”. W Grecji też wciąż można spotkać dziury w podłodze.
      Widoki – nie da się ukryć – zapierają dech w piersiach. Polecam!

  • Co do tych „zaczepiaczy” to w Rzymie też ich pełno. Co trochę oferują parasoli, chustki, okulary, selfie stick-i, itd….nie dało się spokojnie gdziekolwiek przejść ulicą.

    Zachęciłaś mnie do odwiedzenia tego miejsca 😉

    • Tak, to prawda, w Rzymie Ci zaczepiacze są wszędzie. I są strasznie upierdliwi.

  • Andrzej Turski

    Jej, tak jakoś słonecznie mi się zrobiło po Twojej relacji. Poczułem klimat, nie trzeba nigdzie jeździć wystarczy Ciebie poczytać.

  • Takie widoki poprawiają człowiekowi humor, podczas tych przygnębiających zimowych dni u nas. Wspaniałą podróż, aż samemu chce się tam być:) Inspirujący blog, z pewnością będę do Ciebie zaglądała w poszukiwaniu inspiracji podróżowej:D

    • Zapraszam, zapraszam! Co prawda dopiero się rozkręcam, ale mam nadzieję, że najdziesz tutaj coś dla siebie 😉