Pamiętacie wpis Certyfikat idioty online traktujący o internetowych kursach? Jeśli nie, polecam jego lekturę jako wstęp do dzisiejszych rozważań.  Dziś będę hejtować różnego rodzaju szkolenia stacjonarne. Dobra, może jednak tak źle nie będzie. Ale papier tak czy inaczej jest naszym motywem przewodnim.

Proroctwo?

Prawie pięć lat temu, kiedy już zostałam przyjęta na studia na kierunku turystyka i rekreacja, ale jeszcze nie zaczęłam nauki, pewien pan z tytułem doktora, wykładowca na wspomnianym kierunku na jednej z uczelni powiedział mi mniej więcej tak: „żeby pracować w turystyce nie trzeba mieć skończonych studiów, a już na pewno nie z turystyki; w turystyce liczą się zdobyte uprawnienia, dlatego od początku rób kursy i ucz się poza uczelnią; i zbieraj wszystkie certyfikaty”. Jak to nie potrzebuję studiów? Cały mój misterny plan poszedł… do lasu, a moja wizja świata runęła w gruzach. Na turystykę mimo wszystko poszłam i tej decyzji nie żałuję. Ale nie o tym. Z biegiem czasu zaczęłam się przekonywać o tym, że ten gość miał jednak rację.

Nie, rzeczywistość!

Wiadomo, studia to dopiero początek wędrówki. Na starcie dowiadujesz się, że turystyka to nie do końca to, o czym myślałeś, ale kiedy się wciągniesz chcesz wiedzieć więcej, dokształcać się, zgłębiać pewne aspekty. Chcesz zarabiać na tym, co lubisz robić, ale czasem aby to robić musisz mieć… oczywiście papier. Więc? Zaczynasz się rozglądać i rozpoczyna się loteria pt. „co by tu wybrać?”. Możesz wybrać internet, ale o tym już mówiliśmy. Masz trochę oleju w głowie, więc szukasz kursu stacjonarnego, dobrze by było, gdyby organizowany był przez rozpoznawalny na rynku podmiot, blisko Ciebie, powinien być praktyczny, nie zajmować zbyt wiele czasu i być w przystępnej cenie. Papier to oczywista oczywistość – każdy kurs kończy się otrzymaniem stosownego „certyfikatu”.

papier

Problem tkwi w tym, że dobry kurs jest po prostu ciężko znaleźć (i wiem, o czym mówię, ale o tym za chwilę).  Dzisiaj praktycznie każdy może organizować kursy i wystawiać certyfikaty, taka jest prawda – to raz. Dwa, coraz więcej osób chce się doszkalać (a może jednak zdobyć papier?), ale nie ma za bardzo czasu ani ochoty siedzieć na jakichś szkoleniach. Efekt – oferta kursów jest różnorodna, ale jakość wielu z nich pozostawia wiele do życzenia. Jak to się kończy? Płacisz kasę, pojawiasz się na kursie (albo i nie), udajesz, że coś robisz, głupio się uśmiechasz, dostajesz certyfikat, wszyscy robią grupowe zdjęcie z nowo zdobytym papierem, każdy jest szczęśliwy. Koniec historii.

Zbesztacie mnie, że uogólniam. Tak, uogólniam, ale poniekąd wysuwam wnioski na podstawie własnych doświadczeń szkoleniowych. Czy nie ma dobrych szkoleń? Oczywiście że są. Tylko pytanie, co rozumiemy przez „dobre” szkolenia? Dla mnie dobre szkolenie to szkolenie o wysokiej wartości merytorycznej, praktyczne, dzięki któremu zdobywam konkretną wiedzę i umiejętności. Musi być przeprowadzone w przyjaznej atmosferze, dać mi zastrzyk pozytywnej energii i sprawić, że w mojej głowie pojawi się mnóstwo nowych pomysłów.  Raz jeszcze – tak, są dobre szkolenia.

Coś z autopsji

Trochę kursów mam za sobą, ale biorę na tapetę cztery, a w zasadzie trzy (chociaż sama nie wiem, jak to liczyć) szkolenia, w których wzięłam udział, tzn. zgłosiłam się, zapłaciłam kasę z własnej kieszeni, „odsiedziałam swoje” i dostałam odpowiedni papier na koniec (niektóre kursy, w których brałam udział były darmowe i tych nie oceniam). W formie tabeli kilka słów o każdym z nich.

papier

Doświadczenie pierwsze

Tabela w największym możliwym skrócie przedstawia moją subiektywną ocenę danych kursów.  Kurs organizowany przez uczelnię… Kiedy rozpoczęłam pracę na koloniach nie umiałam prawie nic, począwszy od dokumentacji, a skończywszy na tym, jak w ogóle rozmawiać z dziećmi i co z nimi robić. Na szczęście trafiłam na tak rewelacyjną ekipę, że uczyła mnie wszystkiego od zera. A co by było, gdybym trafiła inaczej? Wolę nie myśleć. Wniosek pierwszy – logo uczelni na certyfikacie niekoniecznie musi świadczyć o jakości ani tym bardziej podnieść prestiż takowego dokumentu.

Doświadczenie drugie

Kurs – bo to w sumie było 2w1 – realizowany przez super znanego touroperatora okazał się przerostem formy nad treścią. Powera dostałam gdzieś na jeden dzień, potem wszystko zdechło. Cudów nie było, kreatywnych pomysłów na zabawy ze świecą szukać, tak głośno reklamowana Bokwa okazała się tylko dwoma bodajże układami, których nie dało się zapamiętać, wszystko, jak odniosłam wrażenie było na szybko na zasadzie „zobaczcie, takie coś można robić, ale nie mamy na to czasu, to się sami douczycie”. Za tak wysoką cenę oczekiwałam jakiegoś „łał”.

Pierwsza pomoc przedmedyczna – jedna wielka farsa, szkolenie na podstawie filmu kręconego w jakiejś surrealistycznej rzeczywistości, gdzie każdy nosi przy sobie rękawiczki lateksowe i maseczkę do sztucznego oddychania. Miałam za sobą półroczne przeszkolenie z pierwszej pomocy w ramach zajęć, „papier” z kursu potraktowałam wyłącznie jako udokumentowanie wcześniej zdobytej wiedzy. Bo z kursu nic nie wyniosłam. Wniosek drugi – marketing czyni cuda, a rozpoznawalne logo wcale nie musi świadczyć o wysokiej jakości (albo trzeba być świadomym i zrozumieć różnicę między jakością sprzedawanych imprez, a jakością oferowanych kursów). Tak czy inaczej za szkolenia tej firmie już dziękuję.

Doświadczenie trzecie

Największe zaskoczenie na koniec. „Questy i gry terenowe – kreatywne narzędzia pracy dla turystyki dziedzictwa” były trochę spontaniczne. Program kursu mi się spodobał, niestety w Lublinie grupa nie wypaliła. Szkolenie przeniesiono do Kielc, czyli było wręcz oczywiste, że nie odpuszczę (przynajmniej miałam motywację, żeby w końcu pojechać do miasta scyzoryków). I z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że było to najlepsze szkolenie, w jakim dotąd brałam udział! Byłam najmłodszą uczestniczką, rozstrzał wiekowy od dwudziestu kilku do pięćdziesięciu kilku lat, ale atmosfera była tak cudowna, że po kilkunastu minutach wszyscy byli jak starzy znajomi. Dwa dni minęły nie wiem sama, kiedy. Teoria, praktyka, teoria, praktyka, praktyka, teoria, praktyka, zabawa. Wspaniała grupa, z niektórymi utrzymuję jakiś tam kontakt. Grupa, która wiedziała, po co znalazła się na szkoleniu (niby oczywiste, a jednak nie do końca). Bardzo chętnie skorzystam w przyszłości i polecam również Wam – „Edu Tour – turystyka i edukacja”. Wniosek trzeci – chcieć to móc, mniejszy i mniej znany nie znaczy gorszy!

papier

Edu Tour i terenowe zajęcia w Rezerwacie Kadzielnia w Kielcach

papier

Edu Tour – tym razem gra miejska

Przepis na dobry „papier”

To jak z tymi szkoleniami? Robić czy nie? Wyraźnej odpowiedzi Ci nie dam. Ale mogę podpowiedzieć. Reszta należy wyłącznie do Ciebie.

Kilka subiektywnych rad:

  • rób kurs tylko jeśli jest/będzie Ci potrzebny, a nie po to, żeby zbierać niepotrzebną makulaturę
  • nie rób szkoleń hurtowo, tzn. kilku naraz, skup się na jednym
  • dokładnie zapoznaj się z ofertą kursu, który Cię interesuje i porównaj ją z innymi
  • nie śpiesz się, nawet jeśli wyskoczy Ci gdzieś reklama, że jak zapiszesz się w ciągu dziesięciu minut to dostaniesz 50% zniżki (nie zawsze tak to działa)
  • sprawdź organizatora, żeby nie okazało się, że wpłacisz pieniądze, a „organizator” zniknie razem z nimi
  • czytaj opinie na temat kursów
  •  wybieraj firmy rekomendowane przez znajomych, a nie przez wielkie billboardy i reklamy w tv
  • jeśli już się zapiszesz to nie kombinuj, odsiedź swoje i zasłuż na ten papier – nie ma nic za darmo
  • pamiętaj, że mimo wszystko i tak liczy się to, co masz w głowie

 

Nigdy nie zapominaj o tym, że liczy się jakość, a nie ilość. I najważniejsze… papier może być przywilejem, ale jeśli zdobędziesz go w nieuczciwy sposób, może szybko stać się Twoim przekleństwem…

 

Podobne Posty

  • Lubię szkolenia, kursy, warsztaty – ale wiele z nich zrobiłam, bo były darmowe a wiedza w nich się powielała. W efekcie, po 5 kursach niemal o tym samym zebrałam przydatną mi wiedzę. Należy bardzo ostrożnie dobierać kursy, bo można, w najlepszym wypadku stracić czas, a w najgorszym sporo kasy. I masz rację, że nie zawsze „wielki” organizator to gwarancja dobrego poziomu. Pozdrawiam!

  • Mogę powiedzieć, że na psychologi jest podobnie, niby im więcej ,,papierów” tym lepiej. Sama prowadzę warsztaty i szkolenia i rzeczywiście marka firmy nie zawsze jest gwarantem jakości, dużo zależy od trenera i od grupy do jakiej się trafi.

  • Oj tak, w różnych szkoleniach brałam udział i różne papierki dostałam, w większości mało przydatne w mojej branży, ale czasem dowiedziałam się dużo. Ale to tak naprawdę mniej zależało od organizatora, a więcej od prowadzącego, czasami też od grupy. Ale szkolenia warto dobierać rozważnie, szczególnie, jeśli płaci się za nie z własnej kieszeni…

  • Szkolenia się bardzo przydają. Niestety większość ludzi się w ogóle nie szkoli czy nie wdraża w życie nowej wiedzy, jaką zdobędą. Na studiach to w ogóle jest paranoja, bo tam imprezuje się przez cały czas, a dopiero pod koniec zaczyna się naukę, żeby zdobyć papier, a wiedzę i tak się zapomina, bardzo szybko.

  • Jestem w trakcie awansu zawodowego nauczyciela i zdobywanie wszelkich papierków to moje nadrzędne zadanie – porażka systemu!!!

  • Ludzie lubią utrudniać sobie życie, robiąc coś na zapas albo coś w ten deseń. Pierwsza rada trafiona w punkt. Ileż to ludzie robią tych kursów, szkoleń etc. a koniec końców wyrzucają papierek, bo nie jest im potrzebny. Bardzo ciekawy wpis, będę miała na uwadze niektóre z Twoich rad.

    Pozdrawiam.

  • Ola Miernik

    Niektóre szkolenia nie przydają się do naszego zawodu, ale sadzę, ze dla pracodawcy jest to znak, ze ma doczynienia z osobą pracowitą i ambitnie podchodzącą do pracy. To jest plus