Kosowo odwiedziłam podczas erasmusowej wyprawy do Macedonii w listopadzie b.r. Skład: sześcioosobowa grupa polsko-hiszpańsko-portugalska.

Kosowo – między wyobrażeniem a rzeczywistością

Kosowo zawsze brzmiało jakoś tak egzotycznie. Nieznane, ale przez to pociągające. Tajemnicze, ale potrafiące wzbudzić zainteresowanie. Wyjazd tam był spontaniczny, bilety kupione ze Skopje dzień wczesniej. Kilka krótkich artykułów niekoniecznie pozytywnych, ale ok, jedziemy.

Pierwsze wrażenie przytłaczające. Szarość. Brud. Jakieś zniszczenia przeplatane odbudowywanymi budynkami. Wielka flaga i cmentarz. Inność. I zawsze pojawiające się razem flaga Kosowa, Albanii i Stanów Zjednoczonych. Dlaczego? Intrygowało mnie to. Chciałam znaleźć odpowiedź.

Prisztina, dworzec autobusowy. Pan w informacji o dziwo mówiący po angielsku i udzielający wszystkich informacji. Ktoś wskazał nam drogę do centrum. Sześcioosobową grupką, nieco zagubieni zaczęliśmy przemieszczać się we wskazanym kierunku. Dalej zdziwienie. Wszystko w budowie. Nadal szarość i przytłoczenie. Ale im dłużej szliśmy, tym bardziej krajobraz zaczął się zmieniać. Obok budowanych budynków pojawiły się inne, już skończone, odremontowane, przeszklone, wręcz nowoczesne. Hotele, bary, żółte autobusy komunikacji miejskiej. Jakieś centrum handlowe?

Zasadniczo nie wiedzieliśmy, czy jesteśmy już w centrum, czy nie. Internet nie działał, GPS zaczął szaleć, mapy offline prowadziły nas gdzieś „w ciemny las”. Czułam się dziwnie, nie wiem sama dlaczego. Nikt nas nie gonił, nie śledził. Tylko kiedy od czasu do czasu robiliśmy zdjęcia, ludzie patrzyli na nas spode łba.

Kosowo

Dotarliśmy do pomnika NEW BORN, symbolu narodzin Kosowa. Na pierwszy rzut oka dzieło grafficiarzy, totalna demolka, dewastacja. Ale kiedy podeszłam i zaczęłam przyglądać się poszczególnym literom, pojawiło się drugie dno. Nie jakaś tam „sztuka ulicy”. Obrazki i napisy z przekazem. Pierwsze pozytywne wrażenie. Kilka fotek, chwila zadumy i ruszamy dalej.

Szukając, nieco po omacku drogi do biblioteki, trafiliśmy do Bulwaru Matki Teresy. Inny świat. Deptak niczym w największych europejskich miastach, pięknie, czysto, ławeczki i drzewka, nawet panowie sprzedający chińskie podróbki telefonów. Zatrzymaliśmy się przy pomniku Ibrahima Rugovy, robiliśmy zdjęcia. I wtedy podszedł do nas starszy pan, zapytał, skąd jesteśmy. Na wieść o tym, że dwójka z nas jest z Polski, ucieszył się, odniosłam wręcz wrażenie, że wzruszył. Opowiedział swoją historię pobytu w Polsce, wyraził wdzięczność za okazaną mu przez Polaków pomoc oraz szczerą radość z faktu, że wybraliśmy Prisztinę na cel naszej podróży. Przyznał, że turyści to ewenement, dlatego tak ważna jest ich obecność – świadczy o nowym początku, odrodzeniu Kosowa. Na koniec zapytał, czy może sobie zrobić z nami zdjęcie. W jego oczach widać było tę iskierkę radości i wzruszenia. Udzielił kilku wskazówek i życzył wszystkiego dobrego, zapraszając nas ponownie do „swojego kraju”. Niby nic, a w moim kamiennym sercu zostawił ślad.

Na otwartość mieszkańców trafiliśmy jeszcze kilkakrotnie: w restauracji, meczecie, targu, straganie z pamiątkami. Znowu coś we mnie pękło, kiedy rozmawialiśmy ze sprzedawcą pamiątek. Kupiłam więcej niż potrzebowałam, żeby symbolicznie okazać wsparcie.

Przejaw sympatii okazał nam też pracownik Narodowej Biblioteki Kosowa. Pomimo tego, że budynek, ze względu na odbywający się tam kongres był zamknięty, bardzo miły pan wpuścił nas do środka i pokazał wnętrze, zaprowadził nas też do sprzątanej akurat starej czytelni. Kolejny człowiek, który nie ukrywał swojej radości na widok turystów.

Czy nie mieliśmy jakichś „przebojów”? Oczywiście, że mieliśmy. Żebrzące, bezczelne i nachalne dzieci, próbujące za wszelką cenę wyłudzić pieniądze. Kierowca, który nie chciał nas zabrać z powrotem do Skopje, pomimo tego, że mieliśmy wykupione bilety w dwie strony. Ktoś (pracownik?) w centrum handlowym, który wręcz wyśmiał nas jako turystów. Ale to tylko tyle. Żadnych żołnierzy z karabinami, żadnych przesłuchań, żadnych problemów z przekroczeniem granicy. Ogólne wrażenia – bardziej niż pozytywne.

„Kosovo je Srbija!”

Ci, którzy odwiedzają moją stronę nie wiedzą, że wpis ten, w wersji nieco skróconej pojawił się na moim facebookowym profilu zaraz po wyprawie. Jeden z odwiedzających zostawił w komentarzu hasło: „Kosovo je Srbija”, jako sprzeciw do mojego opisu Kosowa jako niepodległego państwa.

Zapewne wiadomo Ci co nieco o wojnie na Bałkanach i o tym, że konflikt dotyczący Kosowa wcale się nie skończył. Nie mam zamiaru wnikać tu w polityczne, etniczne i religijne szczegóły tego sporu. Mówię o faktach:

– byłam w Kosowie, konkretnie jego stolicy – Prisztinie

– w stolicy nie zauważyłam nigdzie serbskich flag

– mimo tego, że miałam w głowie wszystkie te prasowe informacje na temat niebezpieczeństwa w Kosowie, czułam się tam w pełni bezpieczna – nie było uzbrojonego wojska, nikt nas nie legitymował, na granicy nie byliśmy przesłuchiwani

– na każdym kroku spotykaliśmy się z otwartością i gościnnością mieszkańców (również muzułmanów!), a nie wrogością i nienawiścią

– Polska oficjalnie uznała niepodległość Kosowa.

I wiesz, kiedy po powrocie zaczęłam czytać artykuły na temat sytuacji w Kosowie, przebiegu konfliktu i wszystkich wydarzeń, z każdym kolejnym moje zdziwienie rosło. Byłam tam. I to, co widziałam, nijak się ma do większości opisywanych historii, które podobno teraz mają tam miejsce.

 Kosowo

Kosowo

Co w końcu z tym Kosowem?

Czy warto tam jechać? To zależy. Powiem o Prisztinie. Jeśli szukasz komercyjnego, pełnego rozrywek i pięknego miasta – nie, nie i jeszcze raz nie! Jeśli chcesz pojechać tam tylko po to, żeby na swojej liście odhaczyć kolejną stolicę/kraj – Twój wybór.

Jeśli jednak nie straszne Ci spotkanie z szarą rzeczywistością i historią – jedź tam. Jeśli chcesz spotkać wspaniałych ludzi i usłyszeć chwytające za serce historie – jedź tam. Jeśli chcesz spotkać determinację w walce o odbudowę i lepsze jutro – jedź tam.

Część mnie została w Kosowie. I tak, wrócę tam. Wrócę, by zobaczyć, jak miasto i cały kraj podnoszą się i rodzą na nowo. Trzymam kciuki. Definitywnie Bałkany skradły moje serce. Wizyta w Kosowie tylko mnie w tym utwierdziła.

Kosowo

 

  • Czyli nic się nie zmieniło? Byłam ostatnio w 2009 roku. Duży impakt emocjonalny – właśnie tej beznadziei, przygaszenia. Na pewno tam wrócę, ale zmartwiłaś mnie, że nadal odbiór jest ten sam.

    • Mnie osobiście Kosowo bardzo się spodobało. Fakt, sprawia wrażenie szarości i przytłoczenia, ale jest takie… pociągające, intrygujące. Jedyne, czego żałuję to to, że nie mogłam zostać tam na dłużej…

  • LeonSiPL

    Dla mnie podróżowanie to nie tylko oglądanie ładnych miejsc, ale także poznawanie ludzi, ich historii. Widać, że wiele tam sympatycznych ludzi pełnych serdeczności 🙂

    • Tak, można tam spotkać bardzo wielu wspaniałych i otwartych ludzi. Miło mi słyszeć, że są jeszcze osoby,którym zależy nie tylko na „zaliczaniu” miejsc, ale także na poznaniu lokalnej społeczności.

  • Właśnie odkryłam Twój blog przez grupę 🙂 i coś mi mówi że tu zostane dłużej 😀 ostatnio właśnie byłam w Kosowie i spędziłam tam tydzien – wrażenia o niebo lepsze niż sie spodziewałam. Bezpiecznie,ciekawie i właśnie mieszkańcy mega pomocni. A Prisztine po prostu uwielbiam – 4 dni tam byłam indalej mi malo:)

    • A zapraszam wobec tego do lektury innych wpisów 😉