Nieco poniewczasie, bo prawie 3 lata po premierze, wreszcie dane mi było przeczytać w całości Inferno Dana Browna. W wielkim skrócie podzielę się z Wami pewnymi refleksjami, jakie naszły mnie po lekturze tej książki.

Prolog

Dana Browna chyba już dziś nie trzeba nikomu przedstawiać. Cały świat dowiedział się o nim dzięki książce Kod Leonarda da Vinci, która w ekspresowym tempie stała się bestsellerem. Dzieło to podzieliło krytyków, rozzłościło środowiska kościelne, zaś samemu Brownowi dało sławę i zapewne wielkie pieniądze. Co ciekawe, do lektury jednej z jego książek (właśnie Kodu…) namówił mnie jeszcze w liceum na lekcji religii przebywający na zastępstwie diakon. I tak to się zaczęło. Kod Leonarda da Vinci wciągnął mnie do tego stopnia, że zaraz za nim dosłownie pochłonęłam pozostałe książki Browna. Inferno? Mimo emocji związanych z oczekiwaniem na premierę wciąż, nie wiedzieć czemu, pozostawało nieosiągalne. Ale teraz to już nieważne.

Inferno

InfernoDan Brown po raz kolejny pokazał, że jest mistrzem w swoim fachu. Nikt nie potrafi stworzyć tak zawiłej fabuły, połączyć faktów historycznych i autentycznych miejsc z fikcją literacką, ale przede wszystkim nikt nie potrafi budować napięcia tak jak on. Cała akcja Inferno kręci się wokół Dantego i jego Boskiej komedii. Przyznam szczerze, że niektóre fragmenty czytałam z przerażeniem co, muszę pokreślić, nigdy wcześniej mi się nie zdarzyło!

Robert Langdon budzi się w szpitalu z raną postrzałową głowy. Nie wie, gdzie jest ani jak się tam znalazł. Sprawująca nad nim opiekę doktor Sienna Brooks mówi mu, że znajduje się we florenckim szpitalu. Zdezorientowany profesor wciąż ma przerażające wizje piekła i siwowłosej kobiety powtarzającej, by się spieszył. Nie ma pojęcia że został wplątany w akcję, w którą zaangażowana była nawet szefowa Światowej Organizacji Zdrowia. Nie mogąc przypomnieć sobie wydarzeń ostatnich kilku godzin rozumie, że musi uciekać, bo ktoś za wszelką cenę chce go zlikwidować… Uciekać, ale jednocześnie wraz z doktor Brooks rozwiązać niezwykle zawiłą zagadkę.

Niebo

Tak zaczyna się walka z czasem i podróż przez wspaniałe miasta: Florencję i Wenecję, aż wreszcie Stambuł. Kolejny ciekawy fakt – miałam ochotę rzucić wszystko i pojechać do Florencji. Być tam „tu i teraz”. Zobaczyć opisywane miejsca na żywo, poczuć wszystko mocniej, dotknąć historii. Dan Brown sprzedał mi Florencję mimo tego, że wcale nie chciałam nic kupować (i tak, teraz w głowie ciągle siedzi mi ten pomysł wyjazdu do Włoch)! W tym momencie nie wiem, co porwało mnie bardziej – fabuła i tocząca się akcja czy może jednak miejsca, w których ta akcja się rozgrywała.

Tak. W Wenecji i Stambule byłam. I choć „miasto na wodzie” pamiętam jak przez mgłę (jedyne, co utkwiło mi w pamięci to nieprzyjemna woń z pewnością nie będąca linią zapachową Chanel), to jednak Pałac Dożów, Bazylika Świętego Marka czy chociażby wszechobecne tłumy na Placu Świętego Marka i „zakorkowane” kanały znów stanęły mi przed oczami. Wspomnienia podsycone opisami z książki odżyły na nowo.

inferno4A Stambuł… Hagia Sofia była moim marzeniem od lat. Wspinałam się na galerię, przechodziłam obok grobu Dandola! Zachwycałam się ogromem i dostojnością budowli. Cysterna Bazyliki? Miałam ją w planach, ale przegapiłam godziny otwarcia, próbując się wstrzelić z wejściem do Błękitnego Meczetu między modlitwami.

Inferno

Epilog

Czułam tę książkę całą sobą. Czułam się, jakbym razem z Robertem Langdonem (no, dobra wyobrażałam sobie Toma Hanksa) była w tych wszystkich miejscach. Jakbym na nowo odkrywała to, co widziałam. Jakbym sama była częścią tej książkowej misji. Turystyczne zboczenie? Zwykłe zmęczenie? Odrodzone niczym feniks z popiołów wspomnienia? Chęć dotknięcia tego, co aktualnie nieosiągalne? Nie mam pojęcia.

Wiem jedno: marzę o dwóch rzeczach. Powrocie w opisywane w książce miejsca z dogłębnym ich poznaniem oraz… premiera filmu, która już 14 października. W trailerze widzę zgrzyty, oby cały film był przynajmniej w połowie tak dobry jak książka. Kinowej premiery jednak nie mam zamiaru przegapić!

A czy Was coś porwało aż do tego stopnia?
Krytycy krytykami, ale dla mnie Inferno stało się swego rodzaju drogą do raju…
Drogą, którą chcę przejść.

 

  • A ja po 30 stronach Shantaram zabookowałem bilety do Indii. Deal with it! 😉

  • Bardzo lubię odwiedzać miejsca o których wczesniej czytałam w ksiązce, ba odnajdywac je.

    • To takie super uczucie, kiedy widzimy, jak fikcja łączy się z rzeczywistością, nie uważasz?
      Pamiętam swoją wizytę w Rzymie – zdominowało ją szukanie miejsc z „Aniołów i demonów” 🙂

  • Fantastyczne jest to uczucie, kiedy zwiedza się miejsca znane z książek czy filmów. My mieliśmy mega podnietę w Maroku, kiedy penetrowaliśmy miejsca, które były planem filmowym dla Kingdom of Heaven. 🙂

    • O, ekstra! I zwiedzanie nabiera nowego znaczenia 🙂

  • Też z Wenecji pamiętam głównie zapach… ale za to Florencja jest piękna 🙂
    Fajnie móc odkrywać miejsca, które odkryło się wcześniej z bohaterem książki 🙂

  • Nigdy tak jeszcze nie próbowałam żeby zwiedzać śladami książki – chyba muszę w końcu spróbować 😀

  • Ejże, to jest genialna forma! Połączenie recenzji z własnymi podróżami jest strzałem w dziesiątkę. Podobnie jak i sam fakt czytania o miejscu, które się zna, jest po prostu magiczny – a najlepiej sprawdza się w przypadku rodzinnego miasta, które znamy na wylot. Głównie z tego powodu zaczytywałam się w „Magdzie.doc” i kontynuacjach, choć konkretnych miejsc niestety tam wiele nie było. Ale sposób odbierania książki od razu się zmienia!
    A co Browna… Czytałam ze sto lat temu, jakoś tak w gimnazjum jeszcze. Oczywiście zaczęłam od „Kodu…”, oczywiście genialna. Później były „Anioły i demony” i „Cyfrowa twierdza”, która jest chyba najlepsza. I mimo dobrej konstrukcji powieści, przemyślanych wątków, sprawnego oscylowania między realnością i fikcją, panu Brownowi już podziękuję. Czemu? Ano temu, że jego powieści wędrują po tym samym schemacie. A przynajmniej te, które czytałam, ale nie wierzę, że miałam aż takiego pecha 😛 Ale od czasu do czasu, jak się na co dzień nie zaczytuje w thrillerach, Brown jest całkiem niezły.

    • Czy to genialna forma to nie wiem, ale muszę przyznać, że nie pamiętam, żeby jakaś książka ruszyła mnie do tego stopnia, że chciałam rzucić wszystko i jechać w opisywane miejsca. Choć zawsze miło mi się czyta w książkach czy artykułach o miejscach, które znam – serducho zawsze się raduje!
      Zgodzę się, że Brown ma swój charakterystyczny styl pisania i mimo wszystko jest przewidywalny. Ale kurczę uwielbiam tego gościa! Historia, kultura, sztuka i fikcja literacka balansują na cienkiej linie i może to mnie urzeka za każdym razem?

  • Pamiętam emocje jakie towarzyszyły mi przy czytaniu Kodu da Vinci. Tę książkę też chętnie przeczytam, lubię w taki sposób odrywać się od rzeczywistości. A jeśli chodzi o adaptacje filmowe książek Browna to Kod był bardzo słaby w porównaniu z książką.

  • Iwona Kmita

    No i udało ci się. Czuje się zachęcona i wpisuję książkę na moją listę must read

  • Zachęciłaś mnie do zajrzenia do tej książki. Co prawda kolejka jest dłuuuga 😉 ale z tego co pamiętam „Kod…” łyknęłam jakoś bardzo szybko, więc skoro „Inferno” jest, jak mówisz, równie wciągające, to nie powinno mi zająć dużo czasu. 😀
    Mnie żadna książka póki co nie wciągnęła aż tak, bym chciała jechać w opisywane miejsca. Za to film „Między słowami” spowodował, że od paru lat marzę o podróży do Tokio 😉

  • Sylwia Skulimowska

    Tak ciekawie piszesz o „Inferno”, że chyba jednak przeczytam (dotąd nie byłam jej ciekawa). No i skoro w filmie takie zmiany, to jednak książkę chcę poznać w pierwszej kolejności.

  • Fru

    Ja właśnie czytam pamiętnik starszawego Holendra, który pięknie pokazuje stereotypowe cechy tej nacji 🙂 To fantastyczne uczucie – rozumieć o co chodzi w każdym słowie i spójniku 🙂

  • Mo Tresvodka

    Też lubię kiedy dobrze napisana historia ma w tle miasto, które niepostrzeżenie wyrasta na głównego bohatera 🙂 Pamietam, jak wciągnął mnie „Cień wiatru” Zafóna i moja ukochana Barcelona 🙂