Erasmus. Czy jest jeszcze ktoś, kto nie słyszał legend krążących o programie finansowania półrocznych (lub nawet rocznych) zagranicznych wczasów dla studentów? Myślę, że nie. Wiele osób uważa że „na Erasmusie się nic nie robi”, można pić, balować, podróżować i robić wszystko to, na co tylko ma się ochotę. Bez konsekwencji, bez troski, za darmo. To jeden punkt widzenia, z którym absolutnie się nie zgadzam. I nie zgadzam się nie dlatego, że jest to moje widzimisię, tylko dlatego, że osobiście przeżyłam czteromiesięczny pobyt na stypendium w Grecji. W tym miesiącu przedstawię Wam kilka aspektów studiowania za granicą. Aspektów, o których mało kto mówi.

Po co Erasmus?

Znamy te wzniosłe hasła: jadę, żeby nauczyć się języka, poszerzyć horyzonty, poznać nowy kraj i kulturę, spotkać ludzi z całego świata i ble, ble, ble. Teoretycznie każdy deklaruje to samo, praktyka pokazuje zupełnie coś innego. O tym później.

Zachęceni wzniosłymi hasłami (choć może bardziej opowieściami poprzednich pokoleń Erasmusów) młodzi ludzie, pełni zapału i z ambitnymi planami na przyszłość decydują się porzucić swoje dotychczasowe życie i wyruszyć w nieznane. Rozpoczynają walkę z papierologią, biegają po różnych instytucjach odsyłani od okienka do okienka, próbując załatwić cokolwiek, szukają odpowiedzi na pytania, na które nikt nie zna odpowiedzi, toczą walkę z czasem i z paniami, które „akurat mają przerwę” czy „właśnie skończyły pracę i zapraszają jutro”, w pocie czoła dziergają maile do swoich zagranicznych uczelni, by w końcu móc powiedzieć „wyjeżdżam na Erasmusa!”.

I zaczyna się ten dreszczyk emocji, ekscytacja, przygotowania, pakowanie, żegnanie się z przyjaciółmi jakby wyjeżdżało się już na zawsze. Jednocześnie zaczyna się troska, przerażenie, zwykły strach: „jak to będzie?”, „czy dam radę?”, „jak poradzę sobie z językiem?”, „po co mi to potrzebne?”, aż w końcu „boję się, nie chcę jechać!”. Wtedy dociera do nas, co tak naprawdę zrobiliśmy i jak ważną decyzję podjęliśmy. Decyzję o nowym życiu…

Erasmus

Nowy początek

Pakujemy się do samolotu/autobusu/pociągu czy co tam sobie ktoś wybrał. Zostawiamy wszystko za sobą i wyruszamy w nieznane. Często sami, bez nikogo znajomego, skazani wyłącznie na siebie (choć teraz muszę przyznać, że jest to najlepsza z możliwych opcja) lądujemy z granicą. Nie znamy języka destynacji (przeważnie bazujemy na angielskim i ten język wystarcza nam do szczęścia), nie mamy pomocy (ESN nie zawsze jest taki pomocny, jak w hasłach promocyjnych, ja ze swoim buddy’m rozmawiałam… dwa razy, cóż, kiepsko mi się trafiło), z mieszkaniem różnie bywa (jak bardzo przekonujemy się o tym, że zdjęcia nijak się mają do rzeczywistości)… I od czego rozpoczynamy „wielką przygodę”? Od kryzysu wewnętrznego, wręcz depresji!

Pokonawszy pierwszy duchowy kryzys udajemy się na uczelnię załatwić najważniejsze kwestie: „Welcome day”, umowy, przedmioty, plany zajęć, legitymacja… Już na początku uświadamiamy sobie, że wydawało nam się, że nasz angielski jest lepszy. Łamaną angielszczyzną (serio, nie każdy na Erasmusie mówi biegle po angielsku, również wykładowcy!) ustalamy zasady studiowania i zaliczenia przedmiotów. I zaczynamy chodzić na zajęcia (a to Ci niespodzianka!)…

Na zajęciach poznajemy nowych ludzi, zaczynamy spędzać z nimi więcej czasu. Po pewnym czasie przełamujemy barierę językową i powoli zaczynamy przyzwyczajać się do nowej rzeczywistości.

Erasmus

Szok kulturowy

Nieważne, gdzie wyjedziesz, prędzej czy później przeżyjesz, słabszy bądź silniejszy, kulturowy szok. Oh, jakże byłam zdziwiona absurdami, jakie spotkałam w Grecji! Ja, zorganizowana, punktualna (czasem aż za bardzo), mająca wszystko pod kontrolą trafiłam do kraju, w którym rządzi reguła halara. W skrócie: czas to pojęcie umowne, co ma być, to będzie, chaos rządzi życiem, „bez spiny”, chillout… Czasem odnosiłam wręcz wrażenie, że nawet rozkłady jazdy są czysto umowne. Przechodzenie na czerwonym świetle, taksówki zatrzymujące się na środku ulicy, parkowanie w dwóch rzędach na zakazie – takie rzeczy są na porządku dziennym.

Drugi szok wywołali ludzie. Grecy – przecudowni, sympatyczni, otwarci i przesiąknięci regułą halara. Bezproblemowi. Poczułam się jak w zupełnie innym świecie i wymiarze. Na początku było ciężko, ale przyzwyczaiłam się. Z czasem pokochałam „Greek style”, jak w skrócie określaliśmy greckie życie.

Erasmus

Wskazówki na początek

Problemy były, są i będą – nie unikniesz ich. Jeśli chcesz jednak zminimalizować ryzyko ich wystąpienia i jak najlepiej przeżyć daną Ci szansę, jaką jest Erasmus, proponuję kilka rad:

  • wyjazd na Erasmusa zaplanuj dużo wcześniej – minimum 7-8 miesięcy
  • nie wybieraj w ciemno, zastanów się, czego tak naprawdę oczekujesz od Erasmusa i w jakim kraju chcesz spędzić kilka miesięcy
  • nie zostawiaj niczego na ostatnią chwilę (zwłaszcza kwestii formalnych – czasem jeden dzień zwłoki może skreślić Cię z listy stypendystów)
  • KONIECZNIE przed wyjazdem ustal, co będzie po Twoim powrocie – może się okazać, że będziesz pół roku w plecy i nikogo nie będzie interesowało to, jak sobie poradzisz z zaległościami na uczelni
  • odkładaj pieniądze – nawet nie zdajesz sobie sprawy, jak wiele wydatków poniesiesz. Nie, z grantu się nie utrzymasz
  • poszukaj kogoś – kilku osób, które mają już za sobą program Erasmus, najlepiej w kraju, który Cię interesuje (w dobie internetu to żaden problem), nie słuchaj rad „znawców”, którzy przez całe życie gniją w zabitej deskami wiosce
  • jedź sam (choć może wydawać się, że z kimś znajomym jest łatwiej), nie bój się podejmować samodzielnych decyzji
  • od początku zawieraj jak najwięcej międzynarodowych znajomości i spędzaj czas z obcokrajowcami – i choć nie zabrzmi to dobrze z moich ust – za granicą nie potrzebujesz Polaków (przecież chcesz się nauczyć języka obcego, polski znasz wystarczająco dobrze)
  • interesuj się tym, co dzieje się na Twojej nowej uczelni, uczęszczaj na zajęcia – zdziwisz się, jak duży wpływ będzie to miało na Twoje końcowe oceny
  • traktuj wyjazd jak szansę (być może jedyną w życiu), a nie ucieczkę od nauki i problemów.

Tyle słowem wstępu. W kolejnych wpisach będzie trochę o tym, jak wyglądają zagraniczne studia i czy na Erasmusie trzeba się uczyć, czy można tanio (i rozsądnie) podróżować, jaki wpływ mają na nas osoby wychowane w innych kulturach i jak zmierzyć się z rzeczywistością po powrocie. Będzie też trochę hejtu, a jakże, pokażę Wam ciemną stronę i wady programu Erasmus. Zainteresowani? 🙂

  Erasmus

Erasmus

Erasmus

Podobne Posty

  • Przedostanie foto genialne!!! Co do reszty – na bieżąco byłem z Twoimi radościami i obawami. 😉

    • Ty jedyny znosiłeś moje fazy depresji, nerwów i ekscytacji :p

  • LeonSiPL

    Ja też pojechałam zupełnie sama i była to najlepsza decyzja ever. Z innymi Polkami też zbytnio się nie trzymałam, ale na to miał też wpływ ich styl bycia i ‚reputacja’.
    Ogólnie wszyscy stwierdziliśmy, że na Erasmusie możemy pokazać się od nowa, zaczynamy z białą kartką, nie ciągnie się za nami żadna łatka. To było cudowne 🙂
    Szkoda, że już studia skończone, bo pojechałabym raz jeszcze <3

    • O to to, dokładnie „styl bycia i ‚reputacja'”, sama bym tego lepiej nie ujęła.
      Erasmus to wspaniały program, szkoda tylko, że na niektórych uczelniach erasmusi mają problemy przez to, że chcieli nauczyć się czegoś więcej…

  • No pewnie, że zainteresowana kolejnymi postami z tej serii 🙂
    Co do Erasmusa to masz rację, taka krąży opinia, że tam się nic nie robi, wielokrotnie ja sama to słyszałam, ale od znajomych, którzy tam byli znam też „inną” prawdę. Czekam na więcej 🙂

  • Bardzo fajny wstęp do kolejnych postów. Mimo że czas studiowania już 100lat za mną- czytam z wielkim zaciekawieniem 🙂

    • Polecam kolejne wpisy – dziś publikuję wpis zamykający erasmusową serię:)